21 czerwca 2014

Laba

Czwartek, dzień święty i świąteczny, godzina zwykle późna, dziś poranna. Pukanie.

- Kto to może być, w taki dzień, o tej porze? - pytam sama siebie jakbym grała w "Klanie".

- Cześć młoda, cholernie wysoko mieszkasz! - zażywna 60tka z parteru informuje mnie, że przeszłyśmy na mocno poufałe "ty", a przynajmniej ona przeszła.

- Przyniosłam ci uchwały wspólnoty do podpisu, bo jak zwykle nie było cię na zebraniu, znowu praca cię zatrzymała. Co tam, jak nowi sąsiedzi?

- Mam nowych sąsiadów?

- No tak, jasne. Nawet nie wiesz. Skąd masz wiedzieć, przecież ciągle cię nie ma. Rano wychodzisz, wracasz w nocy. Ze spraw kamienicy, które masz szansę zauważyć: jak biegając rano, zobaczysz rozpierduchę na Płockiej, wiedz, że zaczęła się wymiana rur. Piękny kredens, piękny. Mam świetny stolik, też z międzywojnia, za cztery stówy będzie twój, wiem, że lubisz takie rzeczy.

W każdym jednym zdaniu taki nacisk na "wiem", wypowiedziane lub ukryte w podtekście, że zostają ślady jak odbicia podeszwy w rozgrzanym asfalcie. W każdym "wiem" delikatna groźba, że ten mały odprysk mojego życia, dobrze pani znany, to tylko takie demo, zajawka, a jej zasoby wiedzy są znacznie poważniejsze i gotowe do użycia. Trochę śmiesznie, trochę strasznie, ciekawe, czy ma na mnie jakieś taśmy.



Nawet świadomość, że każdy mój ruch jest obserwowany, jak nie przez wizjer to przez firankę, nie odebrała mi radości płynącej ze spędzania długiego weekendu w eM. Pusta Warszawa to najlepsze miejsce do życia, bezdyskusyjnie.

Długi weekend to jedyna okazja do:

- zjedzenia naprawdę dobrego śniadania. Takiego na fejsa, takiego na insta. Takiego, którego zrobienie trwa wieki, a konieczność uwiecznienia go na zdjęciach sprawia, że i tak je się zimne.


- szlajania się bez celu po okolicy, odkrywania zupełnie nowych, zupełnie bezsensownych, ale urokliwych miejsc. Angażowania w szlajanie kumpla-artysty, dzięki któremu zwykłe łażenie zmienia się w bohemienie. Nadania bohemie dzióbkiem popkulturowego sznytu.

(Prawa autorskie i widoczna na poniższej fotografii dłoń lewa w pierścień zbrojna należą do Richarda H.)


- biegania bez ograniczeń, poza ograniczeniami organizmu. Spotkania na zakończenie biegania koleżanki z dawnej pracy. Dostarczenia koleżance możliwości powiedzenia po weekendzie innym dawnym koleżankom: "Spotkałam w weekend N., bardzo się zmieniała, od kiedy tu nie pracuje. Jest teraz czerwona i spocona. Strasznie sapie".

- czytania w parku prasy kobiecej z nadzieją na opalenie się przy okazji. Dojścia do wniosku, że gorzej niż opalanie idzie mi tylko czytanie prasy kobiecej. Pogodzenia się z myślą, że nigdy nie stracę szlachetnej bieli i nigdy nie przebrnę przez tekst o rozwiązywaniu konfliktów w związku. I wywiad z Jackiem Cyganem.

- spania. Tak bardzo, tak dużo, choć tak przerywanie. Mój kot jest na etapie zaprzyjaźniania się z szafą w sypialni. Usiłuje się do niej dobrać. Uparcie, regularnie, rytmicznie. Kilka ataków każdej nocy. Szafa znosi to dzielnie, ja się ocieram o nerwicę.

- rozpoczęcia przygotowań do Openera i reszty życia. Na Openera kupiłam spray na komary. W sprawie reszty życia nie podjęłam jeszcze kroków, ale planuję zakup żwirku dla kota na Allegro. Zawsze to coś.

- bywania w gościach i przyjmowania gości. Długi weekend to dobry moment na gości z daleka. Na przykład z Wrocławia. I na pierogi, na przykład z Parnika. Na nieprzejmowanie się, że pierogi były z wieprzowiną, choć miały być z krewetkami.



- przeprowadzenia kolejnych zmian w eM. Piszę to trochę życzeniowo, bo to plan na dziś, czyli powinno być tak, że kończę tekst, klikam "Opublikuj" i biorę się za malowanie. Powinno tak być, ale u mnie bardzo rzadko jest tak, jak powinno. Właściwie nigdy. Czyli zobaczymy.

- pisania i publikowania zupełnie bezsensownych postów blogowych. Takich bez morału, bez przesłania, bez szyku przestawnego (tato, potraktuj to jak prezent na dzień ojca), bez jednego nawet zabawnego żartu, bez próby żartu nawet. Za to z zagadką, bo właściwie czemu nie. Panie i panowie, z wyłączeniem osób, które poniższe zdjęcie widziały w wersji bez cenzury: jaką to piosenką mogłam wywołać tak żywą i nieprzychylną reakcję mojego kota? Odpowiedzieć można w komentarzu lub w myślach, do wygrania jest zupełnie nic.Co więcej, prawda jest tak upokarzająca, że nawet jeśli ktoś poda prawidłową odpowiedź, to i tak się nie przyznam.




1 komentarz:

  1. :) uwielbiam wolne dni :D i te długie przygotowania do śniadania :D
    Co innego "sąsiedzki judasz". Za tym nie tęsknię...ale ile możesz się dowiedzieć na swój temat o_O

    OdpowiedzUsuń