22 lipca 2014

Jakie życie taki szczaw, czyli smutek jest seksi

Dwa posty temu pisałam o tym, że praca zdradziła mnie o świcie i ufundowała bezrobocie na wakacje. Skojarzenie bezrobocia i wakacji mogło mieć tylko jedną wypadkową - szczaw i mirabelki, którymi obficie tekst umaiłam. Post temu dla odmiany pisałam o starości, coraz mocniej zaciskającej palce na mojej coraz mniej jędrnej szyi. Zaskakująco - nawet dla mnie - post jeden z drugim spotkały się w sferze pozablogowej, czyli tak zwanym życiu.




Urodzinową kolację spożywałam w miejscu tak strasznie snobistycznym, że trochę wstyd się przyznać w kontekście bezrobocia (mojego własnego oraz krajowych statystyk). Na kolację złożyło się potraw wiele (i sztuczna mgła), ale jedna szczególnie utkwiła mi w pamięci. Starter wielkości dwugroszówki na talerzu w rozmiarze lotniskowym. Według menu składał się on (starter, nie talerz) z kilku różnych składników, które mogły być roślinami, ale mogły być też zwierzętami, jednak dla mnie ważny był jeden. Gołym okiem nie odnotowałam go wcale, ale okiem mentalnym jak najbardziej. Szczaw. Tak, tam był szczaw. Moja paranoiczna wyobraźnia podlała go hektolitrami skojarzeń, rozrósł się więc dziad i łypał na mnie z talerza okiem trochę zielonym, trochę przekrwionym, łypał złośliwie i mówił: Chciałaś, to masz...

W wyniku konwersacji ze szczawiem dojść mogłam tylko do jednego wniosku (ewentualnie dwóch, ale odrzucam myśl o konieczności leczenia). Bez względu na okoliczności - jestem królewną. Bycie królewną, bez względu na okoliczności, wymaga zachowania odpowiedniej postawy, czyli powrotu do pionu, ewentualnie poziomu. Tipsy w górę i do przodu, choćby wiatr walił w twarz i nerki jednocześnie.

Mój ulubiony poziom to płaszczyzna delikatnej rezygnacji. Święty spokój w barwach szarawych, światło z lekka stłumione, rozproszone. Gdzieś między manią a depresją, z okiem skierowanym w stronę raczej mroczną, jestem najlepszą wersją siebie. W oparach melancholii dojrzewają epokowe pomysły, kreatywność przebija szklany sufit rozsądku, poczucia humoru sama sobie zazdroszczę, chyba nawet włosy mi się jakoś lepiej układają.

Lubię taki stan u siebie, cenię u innych. Spojrzenie chmurne, zmarszczoną brew, humor celny, lecz czarny, skłonność do westchnień, choć bez sapania. Od niedawna w moim domu mam towarzystwo do uprawiania melancholii, a o takie towarzystwo nie jest łatwo - nawet mój kot nie jest zainteresowany smutkiem, ponieważ całkowicie pochłania go bycie wyrachowaną suką. Towarzystwo do smutku przyjechało z Olsztyna. Teoretycznie są to fragmenty stroika wielkanocnego, praktycznie jednak całkowity brak klimatu radosnego oczekiwania wykluczył smutne zwierzęta z obchodów święta, jednocześnie nadając im nowy, ponadczasowy charakter.

Tak prezentowały się smutne (w większości smutne, kurczaka nie podejrzewam o umiejętność myślenia, a myślenie do smutku jest niezbędne) zwierzęta w czasach, gdy mieszkały jeszcze w Olsztynie, gdy zobaczyłam je po raz pierwszy, gdy nawet przez chwilę nie ośmieliłam się podejrzewać, że kiedyś się dla mnie przeprowadzą. Historię powstania zwierząt można sobie przeczytać TU. STĄD też pożyczyłam poniższe zdjęcie.


Autorką i ofiarodawczynią smutnych zwierząt jest Iga, smutku wyznawczyni, aktywna i bierna. Boję się trochę, że przekroczę granicę banału i tandety, ale muszę to napisać: chociaż znamy się jakieś piętnaście minut, głęboko wierzę, że mamy wspólny fragment DNA, czarny i kleisty. Iga to jedyny człowiek na świecie, który potrafił stworzyć, w najlepszej wierze i z uwagi na święta, smutne zwierzęta, a potem oddać je w ręce obce, choć pewnie bolało to jak wywlekanie serca spod żeber. Wiedziała, że smutne zwierzęta wpłyną lepiej na mój stan ducha niż realizacja matczynej mantry o owocach i warzywach. Miała rację.

Od kilku dni w mojej sypialni mieszkają smutne zwierzęta, jeden ma nawet własny domek. Dzięki bezrobociu, czyli wolności od budzika, nie muszę już oglądać smartfona jako pierwszej rzeczy po przebudzeniu. Zamiast smartfona widzę smutne zwierzęta, piankowy dowód na to, że nawet  kiedy śpię, morze melancholii jest bezpieczne i mogę się w nim zanurzyć zaraz po przebudzeniu.

Dzięki, Iga. Wiesz, jak bardzo.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz