28 lipca 2014

Manifest antyfreelancera

Freelancer to ma klawe życie! Pyk, pyk, zleconko, pyk, pyk, kawusia w lansiarskiej kawiarni. Kawusia pod zleconko, kawusia pod ploty z koleżanką, bo przecież ważny jest work-life balance. Freelancer nie ma nad sobą szefa, ma za to kelnerkę (zaprzyjaźnioną, zawsze zaprzyjaźnioną), która podsuwa tarty i krłazanty. Godziny pracy freelancer wyznacza sobie sam, oczywiście w granicach dyskretnie nakreślonych godzinami funkcjonowania tej cholernej kawiarni, bo freelancer bez kawiarni zupełnie nie działa. Poważnie się zastanawiam, jak funkcjonują freelancerzy w rejonach Polski oznaczonych literami innymi niż "A", bo im dalej w geograficznym alfabecie tym chyba trudniej o dobre latte, czyli zupełnie nie da się pozbierać myśli, nie da się być kreatywnym, innowacyjnym i niezależnym. Czy na prowincji można być w ogóle freelancerem czy od razu trzeba być pisarzem?


Niedawno miałam małą rocznicę: nieco ponad rok temu przyjęłam pierwsze w życiu zlecenie. Kopirajterskie, soszialowe, wiadoma sprawa, po polsku tego nie nazwę. Dwa tygodnie temu zostałam człowiekiem bez etatu, za to ciągle ze zleceniami (kopirajterskimi, soszialowymi), więc powinnam właśnie być w drodze na Plac Zbawiciela z ultranowoczesnym komputerem, w sukience po babci i z torebką od zaprzyjaźnionej projektantki, z duszą - bo przecież nie z żołądkiem - spragnioną kreatywnej latte i innowacyjnej kanapki (fair trade, bez mięsa, bez glutenu, bez cukru, bez nabiału, na talerzyku z odzysku, na palecie, przy leżaku). No ale: nie jestem. Zupełnie nie jestem. Przede wszystkim chyba dlatego, że zupełnie nie czuję się freelancerem. Czuję się osobą bezrobotną oraz doktorantką, przy czym ten drugi tytuł sprawia, że reprezentuję biedę skuteczniej niż polski hip-hop. 

Oczywiście można być doktorantem na bogato. Można mieć piękny gabinet gdzieś w warszawskim city, przez taflę szkła spoglądać na Pałac Kultury, zamawiać sobie molekularne lunche i otworzyć przewód doktorski, chociaż obecnie chyba bardziej w cenie są studia MBA. Ale trzymajmy się w tej wizji ścieżki tradycyjnej, czyli spasiony korposzczur spragniony staroświeckiego "dr" przed nazwiskiem. Są takie przypadki! Taki doktorant omija studia doktoranckie i skupia się na pracy doktorskiej, pisanej na własną rękę, o ile ręka ta nie jest zajęta dość zajmującym kitesurfingiem. Takiego doktoranta nikt nie ciąga po dziekanatach, taki doktorant nie traci głosu i honoru (i wiary, i nadziei) na zajęciach ze studentami, takiego doktoranta nie interesują stypendia naukowe, projakościowe, a już na pewno nie socjalne. Nie walczy o granty, nie siedzi nocami nad wnioskami, nie zbiera faktur, nie modli się codziennie do strony ministerstwa (i to wcale nie Ministerstwa Kawy), bo może pojawi się nowy program. W najpiękniejszych snach widuje rzeczy daleko ciekawsze niż międzynarodowe konferencje naukowe, na które uczelnia pewnie nie da kasy nigdy. Bardzo prawdopodobne, że taki doktorant potrafi pisać w kawiarniach.

Zupełnie nie jestem doktorantką na bogato, tak jak nie jestem freelancerem. Moje zlecenia traktuję jak przerywnik w pisaniu pracy (najczęściej jako zabijacz czasu zanim znajdę w sobie siłę na doktorat) i za nic nie mam ochoty w ich sprawie bujać się do kawiarni. Niedawno zrealizowałam jedno ze zleceń w autobusie na trasie Warszawa-Olsztyn - mimo braku kawy w tekturze bardzo sobie chwaliłam to rozwiązanie. Mój rytm życia uzależniony jest od doktoratu, doktoratem jest naznaczony i zdeterminowany, wszystko inne - a więc i zlecenia, czyli potencjalny freelance - zepchnięte zostało na zakurzony margines. Tu zbliżam się do sedna niniejszym: doktorat to straszliwie egoistyczna bestia i nie daje się wyprowadzić z domu w miejsce o randze mniejszej niż biblioteka, najlepiej Narodowa, czyli konieczne jest zorganizowanie miejsca pracy w domu. Oczywiście, wszystko to kwestia gustu, upodobań i biorytmu, ale pozwolę sobie przedstawić mój pogląd na sprawę:

1. Miejsce pracy powinno być czyste. Nie piszę tego, bo jestem urodzoną pedantką (nie jestem) ani dlatego, że tak mówią przepisy BHP. Wspominam o tym na początku, ponieważ poskramianie bałaganu to jedna z pierwszych i podstawowych czynności odciągających od pisania. Dam sobie odciąć dowolną kończynę, przerabiał to każdy: siadam, włączam komputer, odpalam worda, stos książek/kserówek/notatek czeka, a oko bezlitośnie wyłapuje kurz na parapecie, okruchy na podłodze, kocie ślady na szybie... Dwie godziny później oczywiście mieszkanie lśni czystością, a w pralce wiruje trzecie pranie, ale kursor jak mrygał na początku strony, tak mryga, a doktorant czuje się jak bardzo zmęczony ludzki śmieć. I może tylko iść spać. Więc idzie. Z wyrzutami sumienia, więc więcej niż pewne, że obudzi go kilkakrotnie w nocy wrażenie, że nie może oddychać, że coś mu klatkę piersiową niemal na śmierć uciska. Przeprowadziłam w tej sprawie badania na własną rękę: bezdech jest wśród doktorantów popularniejszy niż niepłacenie mandatów za jazdę środkami komunikacji miejskiej bez biletu.

2. Cisza i spokój. To już sprawa bardzo indywidualna, może gdybym miała za sobą doświadczenia akademikowe bardziej zaawansowane niż imprezowe, potrafiłabym skupić się w tłumie. Nie umiem. Chyba tylko towarzystwo mojego kota mi nie przeszkadza, o ile nie gania much. Wyjątkiem jest wspomniana już Narodowa, tam ludzie bywają, ale mi nie przeszkadzają, bo z nimi czuję jedność w tej beznadziei. Na dodatek są raczej milczący.

3. Ciemność, czyli najlepiej noc albo solidne zaciemnienie pomieszczenia. Mnie osobiście bardziej w stronę myśli o śmierci niż weny twórczej pcha świadomość, że za oknem jest totalna plaża, życie, radość, śmiech dzieci, szczekanie psów i lody, a ja tkwię przed komputerem. Kiedyś zupełnie bezmyślnie wybrałam się w piękną wiosenną sobotę do Narodowej, zlokalizowanej tuż przy Polu Mokotowskim, i wciąż nie wiem, jak bez psychotropów pokonałam frustrację wywołaną widokiem rowerzystów, spacerowiczów, piknikowiczów i innej zrelaksowanej swołoczy. 

4. Prowiant jest ważny. To jak ze sprzątaniem: można zacząć bez, ale i tak skończy się przy lodówce. Pisanie doktoratu wywołuje uczucie nieszczęścia i rozczarowania życiem, od zawsze na zawsze związane ze słodyczami. Otyłość - jak wynika z badań - jest przeważnie efektem biedy, nieświadomości lub lenistwa, a te trzy słowa są synonimami doktoratu. Obecnie stawiam na arbuzy i arbuzy polecam. Szkół jedzenia arbuza jest wiele, ale najlepiej sprawdzają się przy pisaniu małe kawałki, które obsługuje się widelcem. Taka forma pozwala nie przerywać pracy z powodu jedzenia, mycia rąk i innych niebezpiecznych czynności, które mogą się skończyć szorowaniem łazienki (a wtedy: patrz punkt 1).

5. Płyny, płyny, płyny. Kawa pozbawiona aspektu lansu wciąż się przydaje, serio. Oczywiście nie w opcji latte z półkilometrową pianą, bo nie o radość wizualną tu chodzi, lecz o kopniaka. Czyli kawa prawdziwa. Taka nie na insta, nie na fejsa, nie #omomom, tylko wykrzywiające twarz żucie fusów. Ważne: należy uważać, żeby nie przesadzić, bo może się okazać, że łomot serca zagłusza myśli albo - co gorsza - włącza się tryb nerwowego spacerowania lub nawet potrzeba biegania. Wszystkie wymienione są dla doktoratu zabójcze. Od niedawna jestem zwolenniczką herbaty z melisy, ale nie z paczki, a z krzaka. Podobno uspokaja, mnie nie usypia, więc piję z przyjemnością i nie igram z natchnieniem. Opcja oczywiście na wieczór, przynajmniej obecnie. Płynów zawsze spożywać należy dużo i to nie tylko dlatego, że tak jest zdrowo, ale też dlatego, że wycieczka do toalety to zawsze jakaś rozrywka. To szczególnie ważne dla osób, które nie palą i nie robią przerw na papierosa. Jak zawsze przestrzegam przed ryzykiem związanym z kompulsywnym sprzątaniem łazienki!

6. Eliminowanie przeszkód terenowych. W tym punkcie konieczna jest pewna samoświadomość wynikająca z praktyki. Każdy w toku pisania odkrywa, że są takie elementy w otoczeniu, które drażnią, wybijają z rytmu i uniemożliwiają pracę. Mnie na przykład irytuje cerata (tak, cerata!), ale też obrus, więc pisać mogę tylko wtedy, gdy opieram ręce na gołym blacie stołu. Dlaczego tak? Nie wiem, ale bardzo bym chciała, żeby to było moje najpoważniejsze dziwactwo. 

7. Jestem doktorantką, ale też królewną. System kar i nagród miałby sens, gdyby pisanie nie było samo w sobie już pewną karą. Czyli nagrody i przyjemności zostają, tylko jak je wprowadzić? Zakładanie, że za napisanie dziesięciu stron jednego dnia będę mogła iść na kawę (ach ten szatański chichot Placu Zbawiciela), piwo, spacer, kupić sobie buty albo jedzenie inne niż arbuz, to prosta droga do samobójstwa. Piwo, kawa i jedzenie zdarzają się częściej niż dziesięć stron tekstu jednego dnia, więc nie należy wymagać od siebie niemożliwego. Lepszym sposobem są małe przyjemności, najlepiej przyjemności pisaniu towarzyszące. Zainwestowałam ostatnio w doniczkę z lawendą, stoi sobie obok mnie, pachnie i wygląda, kot jej nie je, sama radość, komfort życia wzrósł, może nadal jestem na dnie, ale przynajmniej całkiem tu miło. Zmieni się pora roku, może kupię chryzantemy, będą pasowały.

Pisanie postów na blog to oczywiście kolejny sposób na zabijanie czasu, ale wmawiam sobie, że to taka wprawka, rozgrzewka, właściwie konieczna, tak jak pranie, które włączę za moment po starannej selekcji brudów, ale potem już wiadomo, galopem, cwałem nawet, ruszę z pisaniem, czego Wam również życzę, siostry i bracia w doktoracie. Pozostałym życzyć niczego nie muszę, jesteście królami życia.




4 komentarze:

  1. Moja praca odbiega od pisania ale bardzo fajnie sie Ciebie czyta!

    OdpowiedzUsuń
  2. Dziękuję i polecam się:)

    OdpowiedzUsuń