6 lipca 2014

Obrazki z mojej głowy - Opener 2014

Opener był, byłam tam i ja. Wróciłam z lżejszym portfelem, delikatną nadwagą, Warpaint w głowie i śladowym domniemaniem opalenizny. Zdjęcia w telefonie przywiozłam może cztery, w tym dwa szpiegowskie - przedstawiają bardzo niewyraźnie jakąś obcą panią w fantastycznej sukience. Zdjęcia poczynione oczywiście z racji sukienki, bo nosiłabym.

Brak rozsądnej dokumentacji fotograficznej stanowczo komplikuje sytuację, bowiem nie jest łatwo spłodzić posta o charakterze turystycznym zupełnie bez obrazków, a ja osobiście płodzić zamierzam i płodzę niniejszym. Oprę się na fotografiach z mojej głowy, czyli jest plus w tym minusie - nie ma szans, że mi znowu coś zdjęcia zje. 

1. Pokryta sidingiem ruina ukryta wśród zieleni Kamiennego Potoku. 

Alkodomek, czyli sopocka melina zamieszkiwana przez mojego własnego, rodzonego brata, udostępniona nam na czas trójmiejskiego lansu z muzycznym podtekstem. Alkodomek można sobie obejrzeć, ma fanpage, jednak obejrzenie zdjęć nie daje żadnej wiedzy, to trzeba poczuć. Smród alkodomku to coś więcej niż woń, dam sobie rękę uciąć, że to ciało stałe, element ożywiony. Jestem pewna, że biega po alkodomku razem z pająkami wielkości gołębi. Z alkodomkowymi lokalsami można pogadać o Jelinek, co jest plusem, ale plusem jedynym. Mówią na mieście, że Bear Grylls się tam rozpłakał, a Wojciech Cejrowski odmówił spaceru boso.

2. Doły i to nie Babie. Zwykłe takie, dziury w ziemi, trawą zamaskowane. 

Dla wszystkich, którzy znają mnie odrobinę chociaż lepiej niż przez pryzmat literek, sprawa oczywista - nigdy nie patrzę pod nogi. Zaliczam wszystkie kałuże, każda nierówność moja, w każdej sytuacji. Lotnisko, na którym odbywa się Opener, to dla mnie pole minowe, co 30 sekund jestem tam bliska śmierci. K. zna mnie od lat piętnastu, wie więc o mojej niepełnosprawności. Przy każdej wędrówce między scenami patrzył pod nogi podwójnie, co chwilę łapał mnie za odzież wierzchnią lub najbliższą dostępną część ciała i przerzucał nad nierównościami jak worek ziemniaków. Tylko dzięki niemu precyzyjna, czaso- i pieniądzochłonna robota mojej ortodontki oraz całkiem nowe okulary nie poszły w piach. 

3. Ja w czułym uścisku z moją najlepszą, podobną do Jamesa Deana przyjaciółką. 

Nie pamiętam dlaczego, ale z założenia się nie dotykamy za bardzo, jednocześnie jednak wiemy, że dotyk to ważna sprawa, bez dotyku ani rusz. Nośnik emocji, dowód bliskości i wzajemnej akceptacji, takie tam. Przez lata wypracowałyśmy system mentalnych tulasków. Gdy nadchodzi moment próby, smutku czy wzruszeń, gdy Foals grają "Spanish Sahara" lub Lykke Li masakruje bez litości "Little bit", mówimy: "mentalny tulasek!", patrzymy na siebie czule i wykonujemy gest, który wyglądać trochę może jak robienie kupy. Nam się od tego robi lepiej. 

4. Mapa ścieżek przeznaczenia. 

Jestem pewna, że gdzieś taka istnieje: czasoprzestrzenna rozpiska, na której przemieszczają się świecące punkciki. To dla mnie jedna z większych zagadek kosmosu: przez Openera przewinęły się tysiące ludzi, w tym co najmniej kilkanaście mi znanych, możliwe, że kilkadziesiąt. Ja jednak mam niejasne wrażenie, że osób było tam najwyżej kilka, niektórzy się chyba nawet z okazji festiwalu sklonowali. Co dwa metry, co piętnaście sekund, te same twarze. Albo dorwę w końcu tę mapę, albo nauczę się patrzeć pod nogi.

5. Owsianka, na przykład z serkiem wiejskim, jabłkiem i cynamonem. 

Opener to moja najdłuższa przerwa w jedzeniu owsianki w tym roku. Alkodomek nie jest miejscem odpowiednim do gotowania, śniadania jadłam więc różnie, nawet w makdonaldzie się zdarzyło. Tęskniłam, autentycznie i szczerze tęskniłam. Przeglądam sobie te mentalne zdjęcia od razu po powrocie do domu, więc o najbliższym poranku myślę jak o ekscytującej randce. Ona i ja, ja i ona - owsianka. Jutro będzie z brzoskwiniami. 

6. Typowe ujęcie gdyńskiej plaży w pobliżu mariny, dużo piachu, jeszcze więcej ludzi, woda dyskretnie w tle.

Taki pejzażyk uwiecznić z pomocą kamery chcieli jacyś panowie dwaj pewnego dnia, jednak pejzażyk zaburzyła im dziwna kobieta, która bez sensu i planu maszerowała sobie plażą między kocykami z telefonem przy uchu. Pani przemieszczała się szybko i chaotycznie, ani w stronę wody ani w jakąkolwiek uzasadnioną. Panowie chcieli przeczekać panią, ale pani okazała się telefoniczną wyjadaczką o zaskakującej kondycji fizycznej. Cierpliwość się panom skończyła i interweniowali: podeszli do kobiety i poprosili o zaprzestanie aktywności i zajęcie pozycji typowej dla plażowiczki. Słowa, których użyli, nigdy nie zatrą się w mojej pamięci: "Jest pani elementem nienaturalnym plaży". Tak mi powiedzieli, dosłownie. Aż mi dech zaparło i uprzejmie klepnęłam na piach.

7. Białe BMW zaparkowane na Młocinach. 

Podobno w kryzysowych sytuacjach pierwszą myślą każdego dorosłego człowieka jest numer stacjonarny rodziców. Niestety, czasem kryzysy dopadają człowieka, gdy rodzice zażywają kąpieli borowinowych pod czeską granicą i wyryty w pamięci numer telefonu zupełnie do niczego się przydać nie może. Tak było dziś: deszcz i wiatr, i urwane kółko od stukilowej walizki, i do domu daleko, i śmierdzi człowiek, i lepi się, bo Polski Bus ufundował mikroklimat tropikalny. Nadszedł moment, kiedy musiałam się szybko zastanowić nad drugim najlepszym alarmowym numerem zaraz po rodzicach. I nie zawiodłam się. Mogłabym wiele napisać o przyjaciołach i biedzie, ale powinno wystarczyć: masz u mnie te placki!

Dodałabym do tego zestawu jeszcze duże zbliżenie mojej wzruszonej twarzy w czasie, gdy Daughter wykonywała "Get lucky" albo mojej bardzo brudnej twarzy w czasie opychania się bez wstydu hummusem z Beirutu, ale nie było okazji, by nawet mentalnie utrwalić takie chwile. Ani piosenka, ani beirutowy hummus nie zaistniały. Nad rzeczami, które nie zaistniały, pochylała się nie będę, szkoda czasu, szkoda życia, za kilka godzin owsianka. 

Ahoj.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz