19 sierpnia 2014

Keja



Na Chłodnej trochę staram się zwolnić. Trochę, czyli tyle, żeby jeszcze wyglądać na rasową biegaczkę, pęcinę wyeksponować w kroku sprężystym. Trochę, czyli tyle, żeby oddech opuścił rejony zarezerwowane dla astmatycznych norweskich narciarek. Włosy z czoła odgarnęłabym, ale raczej je odklejam, obciślaka na kadłubie obciągam. Dobiegam do "Zagadki”, a tu trzeba wyglądać, bo nigdy nie wiadomo, ile się tu znajomych mord czai. Truchtam wzdłuż zagadkowych okien z gracją, z ukosa rzucam spojrzenie na wyzierającą z wnętrza gablotę z ciastami. Wrócę, myślę. W kolejnym, szczupłym życiu, chciałoby się dodać, ale fakty temu przeczą. Wrócę wkrótce, bo życie towarzyskie tego wymaga. Albo jeszcze bardziej wkrótce, żeby się artystycznie wyżyć na zajęciach z rysunku. Bo do "Zagadki” wracam wciąż, choćby tekstem.

Tak rozpoczęłam wpis na temat "Zagadki" 30 maja roku pańskiego obecnego. "Zagadka" to miejsce z kawą, jedzeniem, piwem i atmosferą przede wszystkim, udane pod każdym względem, a że mieści się na Woli, wpisywało się doskonale w moją misję promowania zalet dzielnicy. Tekstu nie dokończyłam - może zabrakło natchnienia, może coś mnie rozproszyło, może musiałam na gwałt napisać coś innego, a może po prostu wiedziałam, że 30 maja to jeszcze nie jest dzień, kiedy powinnam pisać o Zaga. Może czułam, że nasza przygoda dopiero się zaczyna.


Ponieważ wszystko w życiu się jakoś wiąże i przeplata, zacznę od całkiem innej historii, akcja będzie się działa zupełnie nie na Woli.

Jeśli dobrze pamiętam, był wrzesień. Może październik. Rok ubiegły. Godzina wczesna. Zbyt wczesna, bo spotkanie było wyznaczone na 10:00, a ja już o 9:00 byłam na miejscu, bo tak mnie załatwiła wrodzona obowiązkowość połączona z totalnym nieogarnianiem mapy w internecie. Myślałam, że będzie dalej. Myślałam, że będę na czas. Nie wyszło.

Deszcz padał zaciekle, a wokół nie było innego bezpiecznego miejsca niż okrąg wyznaczony przez moją parasolkę. Znalazłam miejsce bliskie lecz odpowiednio dalekie, w cieniu parasolki stanęłam, kurwując zawzięcie na siebie samą w telefon. Godzina odpowiednia nadeszła, ruszyłam więc ku przeznaczeniu. Przeznaczenie miało postać wściekle nowoczesnego, jasnego, pachnącego profesjonalizmem i młodością biura. Weszłam, rzuciłam energiczny uśmiech i półzabawny żarcik na temat pogody pani stojącej za ladą, po czym złożyłam parasolkę i odkryłam, że na spotkanie czekać musiałam pod jakimś ptasim szaletem. Jeśli jest gdzieś lista rzeczy, które odbierają człowiekowi pewność siebie przed rozmową kwalifikacyjną, to totalnie obsrana parasolka musi być na tej liście wysoko. Zamierzałam jednak być twardzielem. Kiedy pani zza lady poszła mnie anonsować, parasolkę zgrabnym kopniakiem umieściłam pod stylową czerwoną kanapą i rozpoczęłam modły o to, by gówniany epizod jakimś cudem nie został odnotowany.

Obsrana z rozmachem parasolka to jedna z dwóch rzeczy, które pamiętam z tej rozmowy. Drugim wartym odnotowania faktem była ognista przemowa, którą wystosował do mnie pan HRowiec. Pan HRowiec powiadomił mnie, że jego zdaniem nie powinnam szukać pracy. Że właśnie zakończyłam kilkuletnią przygodę zawodową z jedną firmą i że po czymś takim trzeba odpocząć. Że on kiedyś też był w takiej sytuacji i że zrobił sobie przerwę, dwa lata pracował jako bosman na statkach. I po takim odświeżeniu umysłu, po odnalezieniu siebie, po zdefiniowaniu swoich potrzeb, mógł wrócić do warszawskiego korpoświata. I że tego mi życzy, to mi doradza, na to nalega. Nalega na ucieczkę, na odbudowanie kręgosłupa, nalega na przerwę. Jeśli miałam wtedy jakieś głębsze przemyślenia, to pewnie dotyczyło tego, że ładni ludzie są jednak przeważnie głupi i ten pan jest tego dowodem.

Rozmowa zakończyła się fiaskiem, o którym to fiasku powiadomiona zostałam telefonicznie akurat, gdy dokonywałam zakupów w Biedronce, a konkretnie dreptałam w stronę kasy z papierem toaletowym w objęciach. Papier pamiętam doskonale, kolejny gówniany wątek, czyli wszystko się zapętla, jak u Nabokova. Pan HRowiec powiedział, że chciałby, żebym wiedziała, że jestem bardzo dzielna, czym - rzecz jasna - upupił mnie jeszcze bardziej.

Wróciła do mnie ta historia niedawno, kiedy tak się życie ułożyło, że znowu musiałam zacząć zwracać uwagę na newslettery od pracuj.pl. Musiałam i powinnam, ale odkryłam, że nie chcę. Odpalam taki newsletter i mam ochotę zsunąć się na podłogę, owinąć wokół nogi stołu i czekać na lepsze czasy. Spróbowałam kilka razy i każdy raz skończył się porażką. Po prostu mi się nie chciało, tak bardzo nie chciało. Potrzeba przerwy okazała się potrzebą palącą. Niestety - kot i brak karty pływackiej skutecznie powstrzymały mnie przed wysłaniem CV do "Daru Pomorza". Zaczęłam się zastanawiać nad statkiem na miarę moich możliwości.

W "Zagadce" cenię wnętrze i jedzenie, nie wiem, co bardziej. Od wnętrza się nie tyje, a wręcz się pewnie chudnie, bo powierzchnia jest spora i skomplikowana.

Tak napisałam o "Zagadce" 30 maja, do głowy mi wtedy nie przyszło, jak bardzo mam rację. Prawdziwość tego zdania testuję od pewnego czasu, bo tak - odpoczywam tam za pomocą pracy. Używam mięśni, których nie używałam, uruchamiam zwoje, które do tej pory spały, bo robię rzeczy, których nigdy nie robiłam. I jest mi z tym bardzo dobrze. Odbębniłam studia i piastowałam stanowiska z "komunikacją" w nazwie, ale chyba dopiero teraz odkrywam, co to znaczy komunikacja. I spostrzegawczość. I wielozadaniowość. I święty spokój.

Bywam tam rzadko, żeby relaks nie zmienił się w obowiązek oraz dlatego, że dbam o interesy miejsca, które lubię, ale bywam i do bywania zachęcam. W najbliższym czasie postaram się temu pięknemu miejscu strzelić zasłużoną laurkę na blogu, tymczasem odsyłam do zagadkowego fanpejdża i ukradkiem ocieram mentalną łzę, bo przez najbliższe kilka dni będę musiała być poważną naukowczynią. O ile przyjemniej byłoby serwować bezę przy Elektoralnej.



4 komentarze:

  1. Gupi blogger kazał mi się zalogować do komentarza i go nie dodał. Jeszcze raz. Dobrze, że się nie rozpisałam ;)

    We wrześniu zamierzam wizytować Warszawę.
    eM i Zagadka są już na liście "must be" :)

    I coś, czego w poprzednim komentarzu zapomniałam dodać - obsraną parasolkę, która przyprawiła mnie o głupawkę, pamiętam relacjonowaną niemal na żywo... takich rzeczy się nie zapomina ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pójdziemy, to więcej niż pewne! Jest tam niezłe fit jedzenie;).

      Usuń