5 października 2014

To mały krok dla ludzkości...

- Pani myślała, że ja się przez taką grubą ścianę tak po prostu przewiercę?
- Pan myśli, że ja wiedziałam, że do tego internetu potrzebne jest wiercenie?

Czyli przyszedł pan instalator, przedstawiciel pewnej sieci kablówkowej. Z kablem przyszedł. Cel przyjścia i kabla był jasny - w eM miał się pojawić prawdziwy internet. I pojawił się, mimo złorzeczeń pana i jego wyraźnej niechęci do nadużywania wiertarki. Wszyscy moi drodzy Czytelnicy, którzy znacie mnie osobiście, na pewno już tysiąc razy zdążyliście obśmiać cywilizacyjne braki eM. Wszyscy moi drodzy Czytelnicy, którzy mnie nie znacie, macie prawo wiedzieć: tak, w ciągu tych dwóch lat przemieszkanych w eM nie zdążyłam zainwestować w prawdziwy internet, w łącze stałe i niezawodne. Od razu wyjaśnię: nie, nie okradałam sąsiadów. Jedynie siebie okradałam z godności i korzystałam z podłej jakości internetu mobilnego. Takie rzeczy w samym środku sporego kraju znajdującego się w samym środku Europy dziać się po prostu nie powinny. I już się nie dzieją.




Mogę sobie teraz oglądać seriale online całą dobę albo całą dobę ćwiczyć z Chodakowską z YouTube. Mogę sobie przed snem zapuszczać zapętlone odgłosy natury, żeby budziły mnie ptaki albo uzależnić się od jakiejś sieciowej gry. Mogę robić naprawdę bardzo wiele różnych rzeczy zupełnie bez obaw na tle transferu, ale nie robię. Nie mam czasu ani ochoty, a nie mam ich, bo poza internetem pojawiło się w eM coś jeszcze: KROKOMIERZ.

Krokomierz to prezent od Kasi (pozdrawiam!), która jest kobietą praktyczną i do życia podchodzi zadaniowo - tyle razy usłyszała ode mnie, że w pracy (pozdrawiam moją zarobkową relaksację!) bardzo dużo chodzę, tak bardzo, bardzo dużo... że aż postanowiła pomóc mi to sprawdzić i kupiła niezbędny do tego sprzęt. Bardzo możliwe, że narażę się teraz wielu ludziom, ale krokomierz to najlepszy prezent, jaki w życiu dostałam. Krokomierz to mój nowy fetysz, spoglądanie na niego to pasja, której oddaję się teraz bez reszty.

O krokomierzu mogłabym napisać książkę. W pierwszym rozdziale pławiłabym się i rozpływała nad aspektem językowym. "Krokomierz" to jest piękne słowo. Twarde, polskie, treściwe. Słowo bez ukrytych znaczeń - mówi jak jest, jak Trybson. Mierzenie kroków, wiadomo.

W drugim rozdziale zaprezentowałabym wyniki. Na przykład taki jeden dzień: 16 tysięcy kroków w ciągu 9 godzin pracy i 2 tysiące po pracy (z pracy do wegańskiego wietnamca, z wietnamca do drogerii, z drogerii do metra, z metra do fryzjera... i w końcu kiedyś do domu). W tym rozdziale znalazłyby się tematyczne analizy i zestawienia (z wykresami kołowymi i słupkowymi): "Moje życie w krokach". Ile kroków spożytkowałam na spacery do lodówki w ciągu tygodnia? Ile kroków zmarnowałam wracając do domu po rzeczy zapomniane (porównanie miesiąc do miesiąca)? O złych czy błędnych krokach, które w życiu zrobiłam nogą własną, myślę często. Teraz mogę je sobie policzyć. W krokomierzu tkwi też potencjał ciekawostkowy: czy wiesz, że w eM, w którym dwa najdalsze punkty dzieli jakieś 10 kroków, przy zwykłych czynnościach porannych wykonuje się kroków ponad 300?! To jest sensacja, proszę państwa.

W rozdziale trzecim (prawdopodobnie najdłuższy) opisałabym swoje uczucia i emocje na tle wskazań krokomierza. Napisałabym, jak abstrakcyjne są dla mnie cyferki, które pojawiają się na wyświetlaczu krokomierza. Jak bardzo nie wiem, czy te 16 tysięcy to dużo czy mało. Jak bardzo staram się każdego dnia iść na rekord (nomen omen). Jak bardzo myślę o śmierci, kiedy przy każdym kroku słyszę dyskretne piknięcie. Jak wiele nowych myśli o bezcelowości wszelkiego działania mi się zalęgło. Tak namacalne stały się teraz kroki! Słyszę każdy jeden, każdy jeden odnotowany jest w pamięci maszyny, więc nie ma co udawać, że niesie mnie nurt i sprawy dzieją się same. Nic się samo nie dzieje, krok, krok, krok! Jednocześnie jednak: rośnie we mnie i tak rozrośnięty szacunek dla pracy fizycznej. Przy każdym piknięciu czuję większy podziw i delikatną ekscytację na tle nóg własnych i pośladków (które i tak zawsze ceniłam).

W rozdziale czwartym wypowiedzieliby się moi współpracownicy ("Wydawała się zupełnie normalna, ale pewnego dnia przyszła z krokomierzem i nie mówiła o niczym innym"), bliscy ("Zawsze pisała o głupotach, ale pewnego dnia zaspamowała mnie raportami z krokomierza, co tysiąc kroków info!") i rodzina, a konkretnie moja własna matka ("Nie wiedziałam, jaki sens ma krokomierz i do czego może służyć, więc też sobie taki kupiłam!").

Piąty rozdział stanowiłoby podsumowanie, coś w rodzaju: "Ile zrobiłam kroków, by dojść tam, gdzie chciałam?", ewentualnie trochę eksperymentów w rodzaju: "Co pokazuje krokomierz, który przez cały dzień przyczepiony był do kota?". Zanim jednak opracuję plan piątego rozdziału, pozwolę sobie wykonać dużo kroków do sklepu, który może się okazać zamknięty, gdyż noc już jest późna bardzo, co skutkować może jeszcze większą liczbą kroków do nocnego. Skończyło się mleko, a dużo pisania przede mną, więc kawa jest konieczna, więc muszę podjąć kroki, by brak uzupełnić.

Jeśli następny post rozpocznę komunikatem o liczbie kroków, które wykonałam od momentu publikacji tego wpisu - bardzo proszę o wyrozumiałość.



1 komentarz:

  1. Lubię kroki.
    Krokomierza nie znam,
    ale czuję, że lubię go też.

    OdpowiedzUsuń