25 listopada 2014

Modelka z sopelka

Komórki tłuszczowe są wrażliwsze na zimno niż otaczające je tkanki, dzięki czemu można je wyeliminować za pomocą przemyślanego ataku mrozem. Nazywa się to krioliza. Piszą tak w internetach, ale potwierdzają to też moje fałdy. Moje wrażliwe fałdy nie życzą sobie kontaktu z zimnem, zapewne w obawie przed rzeczonym wyeliminowaniem. Od kilku dni moje wrażliwe fałdy nalegają na przebywanie w domu. To się chyba listopad nazywa, to się chyba wiąże ze zbliżającym się grudniem, a to trzeba jakoś przetrwać, proszę państwa!


Blogosfera zna trzy podstawowe sposoby na jesień, wynika z moich obserwacji. Książka, kawa (opcjonalnie: herbata) i puchaty koc (opcjonalnie: dziergany). Zaprawdę, powiadam Wam: dla doktorantki literaturoznawstwa, która w wolnym czasie zawodowo parzy ludziom kawę (opcjonalnie: herbatę), a w każdym czasie posiada kota - nie ma wizji gorszej. Bo jeśli książka - to naukowa (albo zupełnie niedopuszczalne tracenie czasu i oczu na litery niepowiązane z dysertacją), bo jeśli kawa to zapewne "rodzinne niedziele" w moim małym przytułku gastronomicznym i marzenia o podwiązaniu jajowodów, bo jeśli koc to też morze kocich kłaków i irytacja głęboka na tle powyciąganych nitek. To jest sposób na chałupniczą realizację "Lotu nad kukułczym gniazdem", a nie relaks!

Co więc robić, gdy fałdy w obawie przed naturalną kriolizą sugerują trzymanie się granic komfortu wyznaczonych przez ściany eM?

Sposobów na świetną zabawę z dala od wyniszczającego komórki tłuszczowe zimna znam kilka, paradoksalnie jednak - większość jest tucząca. Bliskość grudnia nasuwa na myśl świąteczne ciastka - tysiące perwersyjnych kształtów, od prostych gwiazdek po domki zaopatrzone w psy łańcuchowe, czekają na wycięcie z kruchego ciasta. Zapach cynamonu zmusza do sięgnięcia po miód, a za miodem orzechy, czego skutkiem jest zawsze nagły o bolesny rozrost w najmniej pożądanych partiach ciała.

Jeśli nie gotowanie - to może sprzątanie? Skuteczne zaprowadzenie porządku w eM daje mi zawsze złudne wrażenie panowania nad swoim życiem, trochę jakby mokre pranie wieszane było na sznurkach, którymi sterować da się światem, ale.. Ale niestety zawsze jest jakieś "ale", które zwykle całkowicie zmienia postać rzeczy, i w tym wypadku to "ale" to zdradzieckie "ale zawsze może być lepiej". Lepiej jest wtedy oczywiście, gdy w doskonale czystym eM pojawia się doskonale chrupiąca szarlotka podbita niepodrabialnie szkarłatną wiśniówką. Czyli wszystko się jak zawsze kończy w piekarniku i to zupełnie nie w kontekście samobójczej śmierci gazem niesionej.

Sprzątanie i gotowanie to czynności, między którymi zachodzi zupełnie magiczny związek przyczynowo-skutkowy, powodujący, że ten dwupak to swoiste perpetuum mobile. Jeśli do dwóch wspomnianych opcji dołączymy czynnik ludzki w postaci gości, prawdopodobnie zajęci będziemy długo, przyjemnie i tucząco, jak zawsze. Zastanówmy się zatem, co można zrobić innego, niezwiązanego z jedzeniem, w zaciszu domowym.

Pewnym urozmaiceniem może być na przykład praca zarobkowa. Osoby skręcające długopisy mogą ćwiczyć palce, tak jak robią to osoby piszące za pieniądze, ale odnoszę wrażenie, że ta druga aktywność wiąże się z minimalnie większym wytężaniem zwojów. Nie wiem, czy są jakieś badania, potwierdzające moją teorię, ale uważam osobiście, że pracujące zwoje wymuszają spożycie pokarmów na poziomie kalorycznym odpowiadającym zapotrzebowaniu górnika wymachującego kilofem na przodku w kopalni. Moje zwoje są dodatkowo szalenie wybredne i karmione muszą być dobrze, obficie, węglowodanowo i słodko. Co ciekawe, parcie na żarcie jest zupełnie niezależne od tematu pisaniny. Ciastka zawsze na proposie, jako zagrycha pod artykuł o pozycjonowaniu stron w internecie i teksty reklamowe producenta pieczątek. Ponadprzeciętnie silny wzrost zapotrzebowania na kalorie odnotowałam raz - przy opracowywaniu treści na stronę internetową studenckiego baru kanapkowego. Sprawa była tak poważna, że aż konieczna była wyprawa po hotdogowe pomoce naukowe na stację benzynową w środku nocy.

Im dłużej myślę nad sposobami na uniknięcie zimna, tym bardziej w zimnie tym upatruję ratunek i wyzwolenie. Zgrabiałymi z zimna palcami trudno się rwie bułkę, nawet drożdżową, nawet jeśli jest się mną, jednak trudno permanentne marznięcie uznać za sposób na życie. Czyli może jednak krioliza, może jednak prawdziwa? Piszą w internetach, że w trzy miesiące dobrze ukierunkowane uderzenie zimna pozwala się pozbyć tłuszczu nawet z rejonów, w których fałdki zagnieździły się już tak, że się człowiek z nimi oswoił - bo musiał. Kiedy myślę o mrozie miejscowym, staje mi przed oczami scena z "Głupiego i głupszego", w której to para idiotów przykleja języki do zamrożonych elementów wyciągu narciarskiego. Wystarczy kliknąć w ten link TU, by ominąć głupawe skojarzenia i zyskać rzetelną wiedzę.



1 komentarz:

  1. Z drugiej strony, zima to moment na puszczanie wodzów fantazji kulinarno-ciastkowych idealny. Centymetr można przy okazji sprzątania zgubić tak, by odnalazł się dopiero w marcu, wyciągnąć ulubione oversizowe sweterki ukrywające warstwę ochronną (nie oszukujmy się, ma to na celu lepszą ochronę termiczną organizmu, jeśli ludzie mylą to z łakomstwem, są w błędzie!),a potencjalnemu lubemu wmawiać, że po prostu zwiększa się obszar, który można pokochać, a tak w ogóle światło zimowe niekorzystnie pada i helou, naprawdę uważasz, że przytyłam?!
    Ps. A propos szarlotki - w lodziarni, którą koniecznie musimy odwiedzić gdy już mnie odwiedzisz, ostatnio lody szarlotkowe były :)

    OdpowiedzUsuń