26 grudnia 2014

Baczność!

Życie do złudzenia przypomina czasem wojnę. Bitwy, zasadzki, czołgi na ulicach, snajper na dachu, podsłuchy, sabotaże, a jeśli sojusz, pomoc i wsparcie, to tylko w postaci wysokokalorycznych zrzutów żywnościowych. Czyli tak: czas na koniec roku, czyli początek roku, czyli podsumowania i plany, a to wszystko wymazane czekoladą, bo przecież tak już kalendarz nieszczęśliwie jest ułożony, że ocena przeszłości i zamierzenia na przyszłość układane i spisywane są w rozleniwiającym i odmóżdżającym okresie świątecznym. Baczność więc, choć komputer sturliwuje się z brzusznej fałdy, baczność, mimo iż likier kawowy skleja powieki (i ręce, i obrus świąteczny), baczność, bo zmiana warty następuje, bo rozliczamy stary rok i wydajemy polecenia nowemu. Wydawanie poleceń jest absolutnie konieczne, bo przecież wiadomo, że polecenie wydane to polecenie wykonane, a stawką w tej wojnie jest moje osobiste tzw. szczęście.

To był zupełnie niesamowity rok. Jednocześnie najlepszy i najgorszy. Jeśli mam się zdecydować na tylko jeden przymiotnik: najlepszy! Rok, który udowodnił, że przed kobietą niemal 30letnią jest naprawdę wiele rzeczy, które zrobić może po raz pierwszy. Co więcej, był to rok, który daje nadzieję, że tych pierwszych razów wiele jeszcze przede mną. 

Rok 2014 na zawsze zapisze się w mojej pamięci i galerii zdjęć na fejsbuku jako ten, w którym udało mi się osiągnąć idealny blond na głowie. To także ten rok, kiedy zrozumiałam, że w sumie ten blond, nawet idealny, nie do końca jest dla mnie. 

W roku 2014 odkryłam, że do szczęścia czasem wystarczy rower. Pod warunkiem, że stylowy. 

W 2014 roku okazało się, że możliwe jest znalezienie pracy doskonałej. A potem jej utrata. Co ciekawe - utratę można przeżyć bez żalu, pretensji i dymu z pracodawcą. I to ostatnie odkrycie jest chyba najlepsze.

W roku 2014 zrobiłam to, co powinnam była zrobić najpóźniej w 2005: zatrudniłam się w knajpie. Nie o knajpie jednak mowa jest w akapicie wyżej, bo knajpa to nie praca, knajpa to styl życia. 

2014 rok na zawsze zostanie ze mną w postaci tatuażu, który chciałam mieć zawsze, ale dopiero w tym roku narodził się TEN WŁAŚCIWY POMYSŁ. Razem z tatuażem zyskałam kolejny dowód na to, że mam najlepszą matkę na świecie, bo zapytała tylko: "Jesteś pewna, że igła była czysta?". Jestem. No dobra, mam nadzieję, że była. Co ciekawe, zdobienie ciała mego odbyło się za pieniądze z tzw. napiwków. Gdyby ktoś mi coś takiego przepowiedział chociażby pół roku temu, uznałabym, że bredzi.

W 2014 roku pojawiło się w moim życiu sporo nowych ludzi. W tej znacznych rozmiarów gromadzie jest kilka jednostek, które wstrzymały słońce, ruszyły ziemię, o których pozostanie w mojej osobistej przestrzeni na zawsze modlę się każdego dnia. Mentalnie przykuwam ich do mentalnego kaloryfera i karmię winogronami, żeby im myśl o ucieczce w głowach nie zaświtała. Nie będę wskazywać nikogo personalnie, bo jeśli ktoś się samym opisem poczuł wskazany, to się zapewne poczuł słusznie. Albo nie:). 

Rok 2014 przyniósł mi poważne zmiany w wystroju eM. Trochę nowych mebli, sporo nowych kolorów. Zrobiło się cieplej i jest to kierunek zmian, którego zamierzam się trzymać. 

W roku 2014 zaliczyłam solidny kryzys (uwaga, coming out!), który pozwolił mi wypłakać się i wysmarkać za wszystkie czasy. Był to okres uciążliwy dla mnie i dla otoczenia, ale potrzebny i w ostatecznym rozrachunku dobry, bo dzięki niemu wiem, że z czystymi śluzówkami i drożnymi kanalikami łzowymi świat wygląda zupełnie inaczej. Jak to powiedział Barańczak Stanisław, poeta, który już nie powie nic, czego nie powiedział wcześniej, ból to dobra wiadomość - żyjesz! Najmroczniejsze chwile były mi też po to potrzebne, żeby sprawdzić i potwierdzić, że jak przychodzi baba do psychologa to zawsze się dowie, że to wszystko wina ojca. 

W ostatnich dniach 2014 roku czuję się stanowczo młodsza niż rok temu, niż pięć lat temu, czuję się wręcz gówniarsko i może się to wiązać z tym, że nadaję prosto z mojego dziecięcego pokoju znajdującego się w domu rodziców, ale może to też zupełnie nie mieć z tym związku. 

Ze wspomnianego pokoju dziecięctwo me pamiętającego rzucam ostatnie (powłóczyste) spojrzenie na mijający rok i nie ukrywam, że wobec następnego mam oczekiwania. Oczekuję głównie od siebie, ale czasem dobrze jest poinformować o takich oczekiwaniach również przeznaczenie. I otoczenie:

W 2015 roku będę korzystała z telefonu z większym szacunkiem dla siebie i ludzi, których mam bliżej niż po drugiej stronie nieistniejącego kabla. Odruchowe ciągłe spoglądanie na smartfona i przekonanie, że na każdego smsa czy maila należy odpowiedzieć natychmiast, zabija "tu i teraz". A przecież liczy się tylko tu i teraz.

W 2015 roku dorobię się figury Julii Roberts. Zupełnie nie zamierzam z nikim dyskutować tego punktu planu, ale mogę dodać w ramach wyjaśnienia, że jestem świeżutko po obejrzeniu "Pretty woman". Głęboko też wierzę, że noworoczne postanowienia bez wątku wagowego po prostu się nie liczą.

Przestanę nadużywać rozumu. Nie oszukujmy się, wynikające z wieloletniej edukacji wiedza i umiejętności przydają się przede wszystkim przy rozwiązywaniu krzyżówek, w każdym innym momencie życia słuchać powinno się zupełnie innych organów niż mózg. No chyba, że ktoś lubi, jak jest nudno.

Będę cholerną egoistką broniącą granic własnego komfortu jak niepodległości, w każdej dziedzinie i na każdej płaszczyźnie. Zabrzmiało poważnie? Miało tak zabrzmieć.

Będę czytała książki, które nie są mi potrzebne do doktoratu, z głębokim przekonaniem, że bohaterowie to prawdziwi ludzie, którzy przeżywają prawdziwe przygody, i będę je przeżywała razem z nimi, czyli wrócę do pierwotnej radości czytania.

Skończę ten cholerny doktorat i nawet go obronię, żeby móc czytać w końcu to, co chcę, a nie to, co muszę. Nie wiem, na co wtedy będę narzekała, ale na pewno coś sobie znajdę.

Będę miała salon. I przynajmniej jeden dywan. W ostateczności dywanik. Odkurzacz do tego dywanu i choinkę na święta. 

Pojadę gdzieś. Najlepiej w kilka różnych gdzieś. W tym roku ruszałam się stanowczo za mało, a przecież czasem trzeba sobie przypomnieć, że nie ma nic lepszego niż powrót do domu.

Będę się częściej wysypiać. Nie mówię, że zawsze będę spała tyle, ile trzeba, bo przecież najpiękniejsze noce to te zarwane, ale przynajmniej raz na jakiś czas pozwolę sobie wstać bez budzika.

Będę zdziwiona i zaskoczona. Przez cały okrągły rok. Moja strefa komfortu z pewnością nie pokrywa się z obszarem, na którym nie występują niespodzianki, zakręty i turbulencje. Wiem to, w końcu przeżyłam niemal cały rok 2014, jeden wielki wiraż, miraż i zdziwko.

Nie będę ani trochę dorosła, straciłam na dorosłość wystarczająco wiele lat.

I tego życzę Wam, moi drodzy znani i nieznani, spokrewnieni, spowinowaceni i zupełnie obcy czytelnicy i czytelniczki. Niech się dzieje! 

3 komentarze:

  1. przez chwilę zastanawiałam się nad pojęciem "sturliwuje", a przecież to takie oczywiste! z całej siebie winszuję przemyśleń i - jakby nie było - postanowień. ja cały czas noszę się z zamiarem nabycia (w jakikolwiek sposób) roweru i chyba to jest dobry plan.wszystkiego dobrego:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Z całej siebie winszuję, że słowo "sturliwuje" nie było jasne od początku. To może oznaczać, że nie masz atrybutów koniecznych do turlania. Życzę, żeby tak zostało, czyli życzę roweru, bo im więcej roweru, tym mniej się człowiek turla, a z człowieka nic się nie sturliwuje. Powodzenia!

      Usuń
  2. W zaprzestaniu nadużywania rozumu powoli zaczynam osiągać master level! Zaczęło się kilka lat temu... no dobra, może z 10 lat temu, wyłączyłam funkcję empatii. Matko z córką, jaka ulga! Polecam, daje wytchnienie, zwłaszcza gdy ma się absorbujących i pochłaniających znajomych. Z nowych umiejętności: wyłączyłam telepatię. To zupełnie nowe doświadczenie i całkiem ekscytujące. Wcześniej zdzwaniałam się ze znajomymi w tym samym czasie, bo akurat obie strony pomyślały o sobie. To samo z smsami. Albo rozumiałam, co próbuje przekazać w rozmowie moja siostra ("no i wtedy wiesz, ona to, a ja na to, że nie, bo jadłam wtedy takie wiesz, no nie pamiętam nazwy, chyba na 'k', ale to było takie moro na talerzu" "zupa pho?" "TAK!"). Także, życie stało się prostsze. Grunt to za dużo nie myśleć i nie analizować. Swoją drogą, ciekawe co jeszcze da się w głowie wyłączyć albo włączyć zupełnie nowe funkcje, jak np. czytanie z zamkniętymi oczami...

    OdpowiedzUsuń