25 września 2015

Gorsza strona drzwi

No i poszedł. Albo poszła. Na dworzec albo w pizdu. Na trzy dni albo na zawsze. Bo delegacja, szkolenie, wymarzona posada za miliony monet w innej walucie, różnica charakterów, cholera wie. Prędzej czy później każdego z nas ktoś zostawi na krócej lub dłużej. Z ważnych przyczyn lub bez powodu. Między dwudniowym kursem w Bydgoszczy a definitywnym porzuceniem różnica jest niewielka i wie o tym każdy, kto kiedyś przeżył opcję numer 2. Pierwsza faza to zawsze głęboka wiara, że to chwilowe, napędzana wspierającymi zapewnieniami otoczenia "Jeszcze się przyczołga!". Zanim się jednak przyczołga, bez znaczenia, czy na kacu po szkoleniu, czy po poważnej zmianie poważnych decyzji, jakoś trzeba przetrwać.


7 lipca 2015

Wybimbane

Podobno całe życie staje człowiekowi przed oczami w obliczu śmierci, moje stanęło mi wczoraj w związku z otrzymanymi mailowo wynikami lekarskich badań wszelakich. Patrzyłam sobie na to moje życie przez pryzmat jarzących się napastliwą czerwienią liczb i widziałam coś między teledyskiem "Defto" a kroniką filmową z Oktoberfest. Mentalnie głaskałam sobie wątrobę, bo z wyników jasno wynikało, że nawet mentalna wysoka piona mogłaby mi niejeden organ strzaskać, głaskałam i myślałam. Dobrze myślałam, o sobie dobrze i ogólnie dobrze. Za tydzień będę miała 30 lat. Tak właśnie, proszę ja Was, to się dzieje na Waszych oczach, na moich oczach, w moim lustrze, CV i wynikach badań. TRZYDZIEŚCI. Kiedyś myślałam, że w tym wieku żyje się już tylko dlatego, że eutanazja wciąż jest nielegalna, ale powoli zmienia mi się perspektywa.

29 maja 2015

Bardzo przyjemna katastrofa

Ej, kojarzycie ten bliski finiszu moment "Miasta aniołów", kiedy Meg Ryan jedzie na rowerze? Ona taka totalnie szczęśliwa, żeby nie powiedzieć: rozanielona, na prawo las, na lewo las, autostrada taka prosta i taka pusta, Meg otwiera ramiona... No właśnie. Zupełnie tak samo wracałam dziś z pracy do domu. Wiadomo, wystąpiły pewne różnice, jak na przykład brak lasu po prawej i taki też brak po lewej, jak dotkliwe niedobory w zakresie autostrady oraz to, że nie umiem jeździć bez trzymanki. Wiadomo, że skoro mam zaszczyt i przyjemność pisać w tej chwili przy moim kuchennym stole, to i ta ciężarówka na zakończenie raczej się nie pojawiła. Mimo wszystko jednak: byłam zupełnie jak Meg. Taka radość, taki spokój, szczęścia kupa.

Na pewno zapytacie, skąd ta radość. Nawet jeśli nie zapytacie, to i tak odpowiem: zepsuł mi się brodzik, czyli strategiczny element prysznica, łazienki i życia. I to cieszy.


18 maja 2015

Ciasteczkowy potwór

Ok. 7:30 rano jakaś pani postanowiła naprawić świat w autobusie linii 171. Na wysokości Kina Femina zażądała, by przysypiający na siedzeniu pijak natychmiast opuścił pojazd, bo śmierdzi i rozlewa piwo. Żądanie pani, zarówno na poziomie treści, jak i modulacji głosu oraz ciasny blond koczek w towarzystwie beżowej garsonki wyraźnie wskazywały na to, że pani należy do grupy kobiet porządnych. Takich kobiet, które męża znalazły w liceum, a teraz spokojnie prasują ubrania od razu po zdjęciu ich z suszarki. Takiej pani nie zalegają w szafie pogniecione, choć czyste bluzki, takiej pani nie zalegają w autobusie smrodliwe menele z chybotliwą puszką w brudnej łapie. Dla świętego spokoju kierowca obwieścił koniec trasy w związku z koniecznością czekania na policję. Pasażerowie wysiedli. Dla świętego spokoju pijak wysiadł bez wsparcia policji. Pasażerowie wsiedli.

10 maja 2015

Szok termiczny

Nie wiem, ile razy w życiu otworzyłam rano lodówkę i sięgnęłam po jogurt. Prawdopodobnie tysiące razy. Jeden raz okazał się jednak wart zapamiętania: dwa tygodnie temu włożyłam rękę do lodówki i poczułam ciepło. Nie "brak zimna", tylko ciepło. Lodówka zamieniła mi się w oranżerię, żarówka umieszczona u jej szczytu postanowiła bowiem nigdy nie zagasnąć. Słowo daję, niewiele rzeczy w życiu zaskoczyło mnie tak jak ciepełko muskające moją dłoń w lodówce. Większe wrażenie tego dnia zrobiło tylko pogotowie lodówkowe, które oznajmiło, że lodówka odeszła na zawsze i nie ma sensu reanimować trupa. W ciągu tygodnia oczekiwania na lodówkę zastępczą nauczyłam się o życiu więcej niż oglądając "Sondę" i "Warsaw Shore".


27 kwietnia 2015

Koszykówka

Ej, znacie to uczucie, kiedy odkrywacie, że wszystko, o czym marzyliście, bez cienia nawet nadziei na realizację, zupełnie spokojnie funkcjonuje gdzieś na świecie w całkowicie konkretnej postaci, co więcej, jest na wyciągnięcie ręki, co więcej: stanowczo zbliża się do Was i nawet informuje Was o postępach w tym zbliżaniu? To uczucie, kiedy przychodzi noc, a Wy zasypiacie spokojnie, bo wiecie, że już następna noc będzie nocą inną, nocą z marzeniem w zasięgu wzroku, głosu, dłoni? To uczucie, kiedy w końcu nadchodzi dzień, gdy marzenie zmienia się w rzeczywistość i ta rzeczywistość okazuje się nawet lepsza niż w Waszych najśmielszych wyobrażeniach?

No właśnie, ja też nie.

29 marca 2015

Luzuj

Spojrzałam ostatnio śmierci w oczy. A konkretnie w oko. Oko ciemne, mroczne, bulgoczące, okolone plastikową powieką, umiejscowione szczęśliwie blisko ściany zimnej, idealnej podpory dla umęczonej głowy. Spojrzałam w to oko wielokrotnie, choć powiadam Wam – nie było tam nic wartego oglądania. Nie było też żadnego racjonalnego powodu, żadnego podłego chinola, żadnego ciastka z kremem, którym mogłabym usprawiedliwić obnoszenie się przez kilka dni z obliczem w kolorze morskiej zieleni. To coś spadło na mnie z kosmosu. Może było czyimś złym urokiem, może karą za grzechy, nie wiem. 

Jedyną rozsądną reakcją było zrobienie sobie na to wszystko rosołu. Prawdziwego, na kurze. Na kurze w skórze, bo jeśli to faktycznie był zły czar, to wiadomo, że trzeba go było przepłoszyć zgodnie z tradycją przodków, a nie współczesnymi lękami cholesterolowymi. Pomogło na żołądek i na rozum. Skojarzyłam fakty. Podjęłam kroki.

18 marca 2015

Pewność

Pies i krzyk pojawiły się jednocześnie. "Edgar! Edgar! Przepraszam, widziała pani Edgara?" - zziajany facet w okularach niemal wbiegł na eN idącą spokojnie ulicą Batorego. eN widziała Edgara. Cała Batorego widziała Edgara. Edgar, pies marki spaniel, siedział centralnie na środku jezdni. Batorego to nie Marszałkowska, ale koło 9:00 jest trasą całkiem popularną. Na Edgarze samochody zdawały się nie robić wrażenia. Na panu w okularach zrobiły. Purpurowy, z okrzykiem na ustach, rzucił się po psa, wyciągnął go na chodnik, jednocześnie grzmocił smyczą, całował i ściskał.

Działo się to wczoraj i było prawdopodobnie najbardziej efektownym momentem dnia eN. Dziś nie było nawet Edgara.

1 marca 2015

Sztuki walki

Pół roku. Sześć miesięcy. Coś w okolicach dwustu dni, ale darujmy sobie taką drobiazgowość. Tyle trwała moja mała stabilizacja. Życie w wersji soft, light i chill. Życie, na które składał się doktorat, pisanie za miliony monet, blogowanie za darmoszkę i zabawa w gastronomię. Życie, którego horyzont stanowiła myśl o tym, że pewnego dnia przyjdzie wiosna, a ja zdejmę ze ściany rower. Bardzo było miło, bardzo. Tak, "było". Było, bo pewnego dnia zamiast wiosny przyszedł Pan Los i zrzucił mnie z mojego jednorożca. Prosto w ramiona pracodawcy. To chyba tłumaczy dość poważną przerwę w pisaniu. W ferworze beznadziei zapomniałam o blogu zupełnie.

3 lutego 2015

Szuflady

Gdybym miała wskazać trzy najważniejsze elementy eM, bez wahania powiedziałabym: kuchenny stół, sekretarzyk i kot. Jedna z wymienionych pozycji wyraźnie różni się od pozostałych: sekretarzyk bije konkurencję na głowę, ponieważ ma szuflady. Sztuk cztery, ale skupmy się na dwóch. Szuflada pierwsza ma wymiary 20x10x5 cm i w tej szufladzie mieszkają listy. Takie prawdziwe listy, pisane żywą ręką zasobną w długopis. Na normalnej kartce pisane. Takie prawdziwe listy, na które się czeka, które czyta się w pośpiechu, tracąc niemal życie pod kołami autobusu, ryzykując utratę zębów na schodach, bez względu na światło mizerne, wiatr w oczy, nawet ze śniegiem, krawężnik podcinający nogi. Szuflada druga ma wymiary 40x70x15 cm. W tej szufladzie mieszkają rachunki i rozliczenia związane z eM.

Zawartość tej drugiej szuflady będzie tematem moich dzisiejszych zwierzeń, które spokojnie uznać możemy za marudzenie, narzekanie i sianie defetyzmu.


(sekretarzyk w pierwszych 15 sekundach naszej znajomości)


7 stycznia 2015

Clint

Zmięta serwetka wylądowała na talerzu, fotel runąłby na parkiet, gdyby był meblem choć trochę mniej solidnym, przysadzista sylwetka potencjalny upadek zmieniła jednak w gwałtowny odjazd. Ten impet, proszę państwa, ta determinacja!