7 stycznia 2015

Clint

Zmięta serwetka wylądowała na talerzu, fotel runąłby na parkiet, gdyby był meblem choć trochę mniej solidnym, przysadzista sylwetka potencjalny upadek zmieniła jednak w gwałtowny odjazd. Ten impet, proszę państwa, ta determinacja!



Ruszył bez wahania, ruszył bez zastanowienia, jak ktoś, kto wie, że teraz zrobi to, co zrobić musi, a po nim – choćby potop. Gdyby była z nami orkiestra, zapewne przestałaby grać, YouTube na takie konwenanse zupełnie jest jednak głuchy. Sala zachowała się jak trzeba, sala zamarła, sala patrzyła, a on szedł jak ktoś, kto nie ma nic do stracenia. Kundera pisał, że miłość bierze się czasem z jednej metafory, w lokalu gastronomicznym zakres metafor jest jednak radykalnie ograniczony. Czy urzekł go sposób, w jaki trzymała szklankę? Odgarnęła włosy? Wzruszyła go jej nieporadność, gdy szukała czegoś bezskutecznie w torebce? Może któreś z tych, może coś innego, a może zupełnie nic konkretnego, może to nie w niej, lecz w nim znalazł się powód jakiś, by myśleć, że świat runie, jeśli on nie wstanie, jeśli nie podejdzie, jeśli ona na niego nie spojrzy i jeśli on czegoś nie powie.

Wstał więc i podszedł i chwała mu za użycie słowa „randka” w propozycji, którą złożył, bo żadna kawa – nawet z ciastkiem, żadne wino – nawet do świtu pite, nie wpasowałoby się w klimat stworzony przez taki impet i taką determinację. Oklaski należały mu się, oklaski dostałby, gdyby tylko widzów nie osłabił bezdech, ani trochę nie zmienił tego negatywny charakter jej odpowiedzi. Za rozmach, za odwagę, za tę postawę do końca dumną, za spokój w głosie, gdy mówił: „Rozumiem”.

Wyszedł i więcej niż pewne, że splunął za drzwiami siarczyście, że wepchnął papierosa w kącik ust, postawił kołnierz i ruszył w ciemność krokiem zwycięzcy, bo choć przegrał, to i tak wygrał. Wygrał jej bezgraniczne zdumienie, z którym spojrzała w kierunku baru i szepnęła scenicznie: „Widziała pani…?”. Wygrał rozgorączkowanie, z jakim nakreślała później koleżance tę scenę. Wygrał, bo założyć się mogę o każde pieniądze, że to jemu poświęciła ostatnią myśl przed snem i wiele innych później. W którejś w końcu musiał pojawić się żal.

5 komentarzy:

  1. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  2. "Wepchnął papierosa w kącik ust"...to ładne :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ciekawa sprawa, Harry, mnie ten kawałek prześladuje, bo źle mi brzmi bardzo. Mało plastycznie, za ciężko, za mało obserwacji palaczy poczyniłam najwyraźniej. Rasowych barowych ciem widziałam za mało;).

      Usuń
  3. Czasem (najczęściej?) pierwsze skojarzenie jest najtrafniejsze. A ciężar odpowiedni, jak na moje ucho (oko?), do sytuacji. Co do ciem zaś, polecam... "Barfly" z Mickey Rourke'iem. Tam też znajdziesz moje "prawdziwe" imię ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ok, Henry, nie Harry, czyli zawsze lepiej jednak zapytać Google niż ufać starczej pamięci. Jednocześnie jednak: to tego filmu i jego literackiego pierwowzoru nawiązywałam właśnie (mimo pomylenia imion), przyjmijmy więc, że mamy remis:)

      Usuń