3 lutego 2015

Szuflady

Gdybym miała wskazać trzy najważniejsze elementy eM, bez wahania powiedziałabym: kuchenny stół, sekretarzyk i kot. Jedna z wymienionych pozycji wyraźnie różni się od pozostałych: sekretarzyk bije konkurencję na głowę, ponieważ ma szuflady. Sztuk cztery, ale skupmy się na dwóch. Szuflada pierwsza ma wymiary 20x10x5 cm i w tej szufladzie mieszkają listy. Takie prawdziwe listy, pisane żywą ręką zasobną w długopis. Na normalnej kartce pisane. Takie prawdziwe listy, na które się czeka, które czyta się w pośpiechu, tracąc niemal życie pod kołami autobusu, ryzykując utratę zębów na schodach, bez względu na światło mizerne, wiatr w oczy, nawet ze śniegiem, krawężnik podcinający nogi. Szuflada druga ma wymiary 40x70x15 cm. W tej szufladzie mieszkają rachunki i rozliczenia związane z eM.

Zawartość tej drugiej szuflady będzie tematem moich dzisiejszych zwierzeń, które spokojnie uznać możemy za marudzenie, narzekanie i sianie defetyzmu.


(sekretarzyk w pierwszych 15 sekundach naszej znajomości)


Najgorsze jest to, że coś mnie podkusiło, by zajrzeć do skrzynki na listy, akurat, kiedy wracałam z jogi. Wracanie z jogi to jeden z piękniejszych momentów w życiu. Płuca takie dotlenione, oczy szerzej otwarte, plecy proste, ramiona nisko, klatka do przodu, kręgosłup taki wyluzowany, że aż 5 centymetrów dłuższy niż normalnie, nogi wyginają się we wszystkie strony w każdym stawie, jak po dobrym oliwieniu. W głowie cisza, czyli totalna otwartość na promienie słońca i kolor nieba. Wszystkie twarze wydają się życzliwe, wszystkie samochody prawidłowo zaparkowane, żadna psia kupa nie jest niespodzianką odkrywaną zbyt późno. Tak mam, kiedy wracam z jogi, chyba, że na ostatniej prostej mnie podkusi i zajrzę do skrzynki na listy. Niekiedy coś tam czeka, dwa razy do roku jest to rozliczenie za wodę.

Mimo że jestem jedną z popularniejszych noclegowni warszawskich, mimo skłonności do życia w komunie, mimo chorobliwego upodobania do czystych naczyń i takiej też odzieży, zużycie wody mam niewielkie. Niewielkie może nie w skali świata, ale z pewnością mniejsze niż przewidywane przez administrację budynku, dlatego co pół roku, jak psu buda, należy mi się zwrot. Proste? Niby tak, a jednak nie. Rozliczenia za wodę to efekt drogi biegnącej od wodomierza przez administrację do księgowości, często więc na etapie mojej skrzynki na listy jesteśmy wszyscy w jednym wielkim błędzie, za który zapłacić mam ja.

Tym razem z rozliczenia wynika jasno, że mam grubą niedopłatę. Jako dowód przedstawiony jest odczyt wodomierza. Wszystko fajnie, tylko szkoda, że z rachunku jasno wynika, że miesiąc temu miałam zużycie znacznie większe niż obecnie. Ustrojstwo w mojej łazience pokazuje, że zasiliłam Wisłę 40 m3 wody, rachunek mówi, że już miesiąc temu to było raczej 70m3.

Są takie smuteczki w życiu, na które pomaga czekolada, są takie, które uleczyć można drzemką albo spacerem, niektóre złe emocje wysłać można skutecznie w kosmos siarczystą kurwą, w pewnych chwilach trzeba się jednak zachować jak człowiek dorosły. Dorosłość polega na przejrzeniu zawartości szuflady, wnikliwej analizie starych rozliczeń, zadaniu sobie fundamentalnego pytania o treści "kto tu jest idiotą?". Odpowiedź na to pytanie bywa konkretna i przekłada się na konkretny telefon do administracji. Plus dla mojej administracji - jej przedstawicielka przytruchtała do mnie w ciągu 30 minut. Całkowicie profesjonalnie obejrzała wodomierz i rozliczenie, bez podpowiedzi z mojej strony stwierdziła, że błąd. Błąd jak nic. I obiecała pomailowanie w tej sprawie i załatwienie. Ulga? Starzy wyjadacze rachunkowi nie pozwalają sobie na taki optymizm.

Pół roku temu sytuacja była podobna. Przyszło rozliczenie, a w rozliczeniu niedopłata. Niedopłata całkowicie uzasadniona, bo jak ktoś nie płaci rachunków, a zużywa wodę, to wiadomo, że prędzej czy później będzie musiał sypnąć hajsem. Tak według rozliczenia wyglądała sytuacja. Nie płaci, a zużywa. Zadzwoniłam do administracji i dowiedziałam się, że nie płacę rachunków. Nie płacę, bo nie mieszkam. Pustostan, proszę państwa. Zamieszkany na nielegalu przez hipisów z zamiłowaniem do czystości, prawdopodobnie. Kiedy dość beznadziejnie zapytałam, po co, zdaniem administratorki, robię im co miesiąc przelew, skoro, jak wynika z ich informacji, nie mieszkam w moim eM, dowiedziałam się, że wiele osób tak robi. Nadmiary kasy pchają nie na konto oszczędnościowe, nie na lokaty, nie w wyjazdy na Saszele, ale na konto administracji. Może kiedyś wrócę do eM i wtedy dla odmiany nie będę płaciła. Paranoja? To jeszcze nic.

Miesiąc marzec to czas, kiedy należy opróżnić skarpetę na rzecz urzędu gminy w imię podatków. Miesiąc maj to czas, kiedy urząd gminy zaczyna ścigać osoby, które o podatkach zapomniały. Ostatnio ścigali mnie, chociaż zapłaciłam. Przegrzebałam szufladę (która wtedy była jeszcze pudłem z rachunkami), znalazłam wszystkie papiery okołopodatkowe. Pokazałam panu w urzędzie kwitek, z którego wynikała kwota i numer rachunku, na który miałam puścić przelew, pokazałam potwierdzenie przelewu. Pan pogrzebał we własnych szufladach, komputerze i głowie, dzięki czemu wyszło na jaw, że wszystko fajnie, ale podano mi (i to wydrukowano!) zły numer konta. Czyli puściłam kasę w las. "Spokojnie, u nas pieniądze nie giną!" - powiedział pan. Po dwóch pismach i trzech wizytach w urzędzie mogłam się z nim nawet zgodzić.

Mam szuflady pełne wszystkiego. Uczuć, emocji, wspomnień, nadziei, pomyłek, rumieńców wstydu i drżenia rąk, niepokoju i radości. Co jest z tego najważniejsze? Rachunki za wodę, papiery z urzędu, potwierdzenia przelewów. Brudny luty, cholerny wtorek, życie, proszę państwa, życie. 

3 komentarze:

  1. Jest pewien sposób na rozbrojenie ostatniego akapitu i odseparowanie cynizmu od codziennych myśli, jeśli dno szuflady słabo się w tej roli sprawdza. Przenieś rachunki za wodę, papiery z urzędu i potwierdzenia przelewów do bezosobowej teczki, którą postaw na bezosobowej półce (o ile taką w Em posiadasz). Tylko na czym wtedy oprzeć puentę? I czym zwalczać codzienny absurd? To może... sympatycznym uśmiechem? :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Chinaski, czytasz mi w myślach! Pomyślałam sobie dziś, że muszę uciec od szuflady, rachunków i rozliczeń, iść w świat i uśmiechać się do świata tak długo i uparcie, aż ten cholerny świat odpowie mi tym samym. Nie miałam niestety wyboru i z tym postanowieniem musiałam iść do pracy. Na starcie spotkałam dwie osoby, które obdarzyłam najserdeczniejszym uśmiechem z mojego uśmiechowego arsenału. Efekty? Jeden uciekł, a drugi nie, ale dugi się nie liczy, bo ma mentalność choroby wenerycznej. Zaniechałam uśmiechania, może powinnam zadzwonić do mojej ortodontki...

      Usuń
    2. Ja też tak miewam, En, uśmiecham się do ludzi, chcę z nimi zamienić słowo, a oni uciekają, chowają się w sobie... czasami chyba po prostu nie zgadniesz, kto jest w danej chwili gotów na bliższe poznanie. Nie zapominajmy jednak o tym, że sztuka uśmiechu to sztuka niełatwa. Bo to chyba tak nie działa, że postanowimy sobie uśmiechać się do "cholernego świata" i od razu dostaniemy pozytywną pocztę zwrotną. Wydaje mi się, że świat wyczuje swoją "cholerność", zwietrzy podstęp. Myślę, że trzeba obudzić w sobie prawdziwą i szczerą radość życia, wtedy nasz uśmiech będzie jej naturalnym przedłużeniem, jej emanacją. Choć nie brzmi to jak łatwe zadanie, to na pewno kosztuje mniej, niż wizyta u ortodonty... :)

      Usuń