29 marca 2015

Luzuj

Spojrzałam ostatnio śmierci w oczy. A konkretnie w oko. Oko ciemne, mroczne, bulgoczące, okolone plastikową powieką, umiejscowione szczęśliwie blisko ściany zimnej, idealnej podpory dla umęczonej głowy. Spojrzałam w to oko wielokrotnie, choć powiadam Wam – nie było tam nic wartego oglądania. Nie było też żadnego racjonalnego powodu, żadnego podłego chinola, żadnego ciastka z kremem, którym mogłabym usprawiedliwić obnoszenie się przez kilka dni z obliczem w kolorze morskiej zieleni. To coś spadło na mnie z kosmosu. Może było czyimś złym urokiem, może karą za grzechy, nie wiem. 

Jedyną rozsądną reakcją było zrobienie sobie na to wszystko rosołu. Prawdziwego, na kurze. Na kurze w skórze, bo jeśli to faktycznie był zły czar, to wiadomo, że trzeba go było przepłoszyć zgodnie z tradycją przodków, a nie współczesnymi lękami cholesterolowymi. Pomogło na żołądek i na rozum. Skojarzyłam fakty. Podjęłam kroki.

18 marca 2015

Pewność

Pies i krzyk pojawiły się jednocześnie. "Edgar! Edgar! Przepraszam, widziała pani Edgara?" - zziajany facet w okularach niemal wbiegł na eN idącą spokojnie ulicą Batorego. eN widziała Edgara. Cała Batorego widziała Edgara. Edgar, pies marki spaniel, siedział centralnie na środku jezdni. Batorego to nie Marszałkowska, ale koło 9:00 jest trasą całkiem popularną. Na Edgarze samochody zdawały się nie robić wrażenia. Na panu w okularach zrobiły. Purpurowy, z okrzykiem na ustach, rzucił się po psa, wyciągnął go na chodnik, jednocześnie grzmocił smyczą, całował i ściskał.

Działo się to wczoraj i było prawdopodobnie najbardziej efektownym momentem dnia eN. Dziś nie było nawet Edgara.

1 marca 2015

Sztuki walki

Pół roku. Sześć miesięcy. Coś w okolicach dwustu dni, ale darujmy sobie taką drobiazgowość. Tyle trwała moja mała stabilizacja. Życie w wersji soft, light i chill. Życie, na które składał się doktorat, pisanie za miliony monet, blogowanie za darmoszkę i zabawa w gastronomię. Życie, którego horyzont stanowiła myśl o tym, że pewnego dnia przyjdzie wiosna, a ja zdejmę ze ściany rower. Bardzo było miło, bardzo. Tak, "było". Było, bo pewnego dnia zamiast wiosny przyszedł Pan Los i zrzucił mnie z mojego jednorożca. Prosto w ramiona pracodawcy. To chyba tłumaczy dość poważną przerwę w pisaniu. W ferworze beznadziei zapomniałam o blogu zupełnie.