29 marca 2015

Luzuj

Spojrzałam ostatnio śmierci w oczy. A konkretnie w oko. Oko ciemne, mroczne, bulgoczące, okolone plastikową powieką, umiejscowione szczęśliwie blisko ściany zimnej, idealnej podpory dla umęczonej głowy. Spojrzałam w to oko wielokrotnie, choć powiadam Wam – nie było tam nic wartego oglądania. Nie było też żadnego racjonalnego powodu, żadnego podłego chinola, żadnego ciastka z kremem, którym mogłabym usprawiedliwić obnoszenie się przez kilka dni z obliczem w kolorze morskiej zieleni. To coś spadło na mnie z kosmosu. Może było czyimś złym urokiem, może karą za grzechy, nie wiem. 

Jedyną rozsądną reakcją było zrobienie sobie na to wszystko rosołu. Prawdziwego, na kurze. Na kurze w skórze, bo jeśli to faktycznie był zły czar, to wiadomo, że trzeba go było przepłoszyć zgodnie z tradycją przodków, a nie współczesnymi lękami cholesterolowymi. Pomogło na żołądek i na rozum. Skojarzyłam fakty. Podjęłam kroki.


Może mam nadmiar hajsu, a może problemy - wiem to tylko ja i zupełnie nie ma to znaczenia. Nieistotna jest przyczyna, ważny jest skutek. A skutek wygląda tak: dorobiłam się dietetyka. 

Świat jest pełen wymuskanych lasek z tipsem na palcu i zdobytym na weekendowym kursie dyplomem dietetyka za szkłem. W każdej minucie co najmniej kilka pań staje się specjalistkami od zdrowia w wyniku regularnego przeglądania fanpejdża Ewy Chodakowskiej. Ale wiadomo - jeśli ja się zdecydowałam zacząć współpracę z dietetykiem, to musiałam trafić na branżowego Gandalfa.

Pan Piotr ma na oko lat 60 plus. Bujna biała czupryna wieńczy ciało wyraźnie sugerujące imponującą sportową przeszłość. Bardzo żywa, kpiąca i chłodna twarz powiedziała mi to szybciej niż sam pan Piotr - TRENER. I to nie współczesny "trener personalny". Trener drużyny. Rugby, konkretnie. Facet z wyraźnym śladem gwizdka na dolnej wardze. Na upartego z tym zestawem cech mógłby też być byłym wojskowym. Strzela świetnie, głównie ripostami. Bez litości. 

"Pani jadłospis to jakaś wypadkowa ajurwedy i marzeń o byciu kulturystą" - pan Piotr spojrzał na mnie jak na półdebila, kiedy nakreśliłam mu swoje menu z ostatnich kilku dni. Wielokrotnie jeszcze miałam okazję poczuć na sobie to spojrzenie w następnych kilkudziesięciu minutach. Przepytał mnie, obmierzył, podłączył do jakiejś maszyny. Popatrzył na jakieś wyniki, na mnie, pomyślał.

"Umówimy się tak" - powiedział. - "Od dziś to ja jestem odpowiedzialny za pani jedzenie. Ja pani daję jadłospis, pani go realizuje. Kropka w kropkę. Bez pytań, bez zastanawiania. Żadnych kombinacji. Pani nic nie robi, od pani nic nie zależy. Pani przyjmuje na wiarę, że będzie dobrze. Bo będzie. Bo ja się tym zajmę".

Pan Piotr nie wiedział, że może w dość banalnym kontekście, ale jednak - użył większości słów kluczowych, na które czekałam całe życie.

Odprowadził mnie do drzwi i rzucił na pożegnanie: "Tylko niech sobie pani, na Boga, kupi inne buty. Przecież człowiek nie może być szczęśliwy w czymś, co jest tak ciasno zasznurowane".

Poszłam w słoneczny piątek w moich biednych, zelżonych trampkach. Poszłam do pracy, gdzie usłyszałam od szefa, też Piotra, że najbardziej we mnie ceni to, że wszystko zawsze robię sama.

No, już nie wszystko. Poluzowałam sznurówki. Ulga wszędzie, dobrze wszędzie. Dobrze będzie.

PS Oczywiście, że sobie wykrakałam! Mówiłam, ze pierdolnie i pierdolnęło. W sumie trochę szkoda, że żołądek.  Chociaż pewnie mógł też na mnie zlecieć dron.

3 komentarze:

  1. Mogło Ci też wybić z oka na łazienkę. Z dwojga złego zaglądanie w złe odchłanie chyba lepsze ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zwizualizowałam sobie wybijanie z otchłani i po raz kolejny zdałam sobie sprawę ze swojego szczęścia:)

      Usuń
    2. OTCHŁANI. Ortograficzny szkarłat wstąpił na me oblicze :( (ale cieszę się, że mogłam wskazać Ci szklankę do połowy pełną :D )

      Usuń