1 marca 2015

Sztuki walki

Pół roku. Sześć miesięcy. Coś w okolicach dwustu dni, ale darujmy sobie taką drobiazgowość. Tyle trwała moja mała stabilizacja. Życie w wersji soft, light i chill. Życie, na które składał się doktorat, pisanie za miliony monet, blogowanie za darmoszkę i zabawa w gastronomię. Życie, którego horyzont stanowiła myśl o tym, że pewnego dnia przyjdzie wiosna, a ja zdejmę ze ściany rower. Bardzo było miło, bardzo. Tak, "było". Było, bo pewnego dnia zamiast wiosny przyszedł Pan Los i zrzucił mnie z mojego jednorożca. Prosto w ramiona pracodawcy. To chyba tłumaczy dość poważną przerwę w pisaniu. W ferworze beznadziei zapomniałam o blogu zupełnie.



Stało się. W poniedziałek 16 lutego przekroczyłam granicę światów. 16 lutego o godzinie 10:00 odzyskałam nazwisko. Dobitnie je odzyskałam. W służbowym mailu, na identyfikatorze, tabliczce na drzwiach. Uścisnęłam setkę rąk, które zupełnie nie wiedziały, że moje dłonie zaledwie dwanaście godzin wcześniej polerowały szkło w ilościach hurtowych. Dostałam biurko, krzesło i obowiązki. Zostałam poinstruowana wszechstronnie. Co robić, jeśli wychodzę z biura ostatnia. Co robić, jeśli przychodzę pierwsza. Co, jeśli mam ochotę wpaść w weekend. Gdzie jest kawa. Dużo kawy. I automat z batonami. Rozpoczęłam tak zwany okres próbny. 16 lutego jeszcze nie wiedziałam, że "okres próbny" pochodzi od "próby ognia". Trochę "próby zabójstwa", a trochę "próby samobójczej".

Jeśli wydaje Ci się, drogi czytelniku, że pracodawca się nad Tobą znęca, jeśli uważasz, że każda minuta w miejscu pracy stanowi ćwiczenia praktyczne z mobbingu, jeśli nagle odkrywasz, że nigdy wcześniej nie znałeś znaczenia słowa "presja"...

1. Jedz słodycze. Jak wynika z badań amerykańskich naukowców: czekolada robi człowiekowi chwilowo dobrze. Jak wynika z doniesień rosyjskich badaczy: jest taka ilość batonów, po której zapominasz, że praca się nad Tobą znęca, bo za bardzo pochłania Cię myśl o tym, że tyjesz. Krzesło zaczyna wbijać się w biodra i uda, brzuch utrudnia dostanie się do klawiatury, panika zapiera dech, histeria wywołuje łzy. I już zupełnie nie pamiętasz o służbowych kłopotach.

2. Aktywność fizyczna jest ważna. Tylko cztery godziny nadgodzin? Spoko, zdążysz na fitness. Idź na fitness. Idź koniecznie. Ok. 22:00 wyczołgasz się z siłowni z myślą: "Byłam dziś w pracy i na fitnessie. Pracowałam i ćwiczyłam. TYLKO pracowałam i ćwiczyłam. Nie mam siły zadzwonić nawet do własnej matki. Moje życie nie ma sensu". Jeśli masz siłę - płacz. Jeśli masz siłę - zwróć uwagę na optymistyczny fakt, że płaczesz nad bezsensem życia, a nie tylko w związku ze służbowymi dramatami.

3. Zadbaj o siebie. Idź do fryzjera. Wiadomo, że w weekend, przecież w tygodniu siedzisz w pracy. Koniecznie do obcokrajowca, z którym nie masz wspólnego języka. Koniecznie inwalidy, koniecznie niewidomego, ewentualnie po prostu do rzeźnika. Powiedz, że chcesz totalnej zmiany. Następne dwa dni spędzisz na unikaniu lustra i histerycznym szlochaniu. Nawet przez chwilę nie skupisz się na służbowych problemach.

4. Rozchoruj się. Tylko poważnie. Polecam grypę żołądkową. Na L4 nie pójdziesz przecież. Ukrywanie choroby w miejscu pracy pochłonie Cię bardziej niż przeżywanie faktu, że jesteś ofiarą mobbingu. Jeśli podły Los obdarzył Cię końskim zdrowiem, idź do dentysty albo na depilację woskiem. Szukaj bólu, szukaj.

5. Złamał Ci ktoś kiedyś serce? Ale tak totalnie i zupełnie? Rozjechał Ci ktoś kiedyś psychikę pługiem? Bardzo dobrze. Pamiętaj, że amputowane kończyny czasem bolą jak żywe. Spotkajcie się, pogadajcie, zapijcie rogala kawą. Zaogniona blizna po mentalnym wyrostku na chwilę pozwoli Ci zapomnieć, że Twój szef chyba Cię nienawidzi. 

6. Nie sprzątaj domu pod żadnym pozorem. Jeśli po piętnastogodzinnym dniu pracy przewrócisz się we własnym salonie i nie będziesz wiedział, czy potknąłeś się o kurz, czy raczej powaliła Cię fala fetoru ze śmietnika, na chwilę zapomnisz o służbowych troskach. To może być całkiem długa chwila, jeśli uda Ci się w locie zahaczyć głową o kant stołu.

7. Kłóć się z bliskimi. Po pierwsze: rozładujesz napięcie. Po drugie: jak już ochłoniesz, to skupisz się na przeżywaniu zrujnowanych relacji, a nie zawodowych problemach. Rodzice wspierają Cię finansowo? Kłóć się z rodzicami, głód i brak prądu bolą czasem bardziej niż setny mail z opier*olem. Nierozsądnie postawiłeś na samodzielność i ten scenariusz odpada? Podpadnij sąsiadom, może zaczną Ci rzucać kupy na wycieraczkę, kraść pocztę i spróbują otruć kota.

8. Rzuć się w wir przygodnych kontaktów łóżkowych. Jak oprzytomniejesz, zaczniesz się bardziej martwić HIV niż pracą. Nie no, żart, wiadomo - nie masz czasu. To jest dopiero smuteczek. Ej, przez chwilę skupiłeś się na smuteczku bardziej niż na dedlajnie, który ostatnio zawaliłeś? Widzisz, działa.

9. Zgub portfel. Koniecznie z dokumentami. Świadomość niemożności zablokowania karty bankomatowej (bo praca), wyrobienia dowodu (bo praca) i karty miejskiej (bo praca), pozwoli Ci na chwilę zapomnieć o awanturze z szefem.

....

Tu powinno być "10", ale będzie serio, dla odmiany. Prawdziwy w tym tekście jest tylko początek, czyli tak - wróciłam do dorosłości. Tak, zaczęłam "normalną" pracę. Tak, standardowo zaczęło się okresem próbnym. Nie przeczę - było ciężko. Ciężko i nerwowo. Nerwowo i ciężko. Dwa tygodnie mogą trwać wieczność, słowo daję. Trochę schudłam, trochę posiwiałam. Użyłam bardzo wielu brzydkich słów. Kilka razy wpadłam w histerię. Bywało dramatycznie. Otrzymałam masę wsparcia, chociaż musiałam być irytująca makabrycznie. Jedna osoba przestała ze mną rozmawiać. Bałagan mam w domu straszny, to się akurat zgadza, ale u fryzjera nie byłam. Przez dwa tygodnie spałam w satynowej pościeli, która jest najbardziej wyjątkową pościelą na świecie, bo identyczną ma Iga. Taka pościel na ważne okazje. Najbardziej materialna realizacja mentalnego wsparcia. Jej użycie wymaga uzyskania zgody. Uzyskałam.

Próba ognia zakończyła się ściskaniem rąk i podpisami na deklaracji dalszej przyjaźni i współpracy. Chowam satynę, bo już nie potrzebuję tego conocnego podtrzymania. Głaszczę jednorożca, ale z garażu wyciągam porsche. Zostaję po dorosłej stronie. Chyba będzie mi tu całkiem fajnie.

PS Wszelkie podobieństwo... wiadomo. Podłe żarty, podłe. 

PS2  Sformułowanie "w ferworze beznadziei" należy do Igi. Ja je tylko czczę i wypożyczam.





14 komentarzy:

  1. Droga en, podczytuję cichaczem jak ten amor amator i amant, ale muszę przemówić, bo pęknę:
    Lowam cię!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pękaj, a słowem się tu rozlej! a mnogo! :*

      Usuń
  2. W ferworze tej szczerosci, w oparach jednorozcow, to i ja przepycham sie przez tlum i krzycze: 'Jedrus, jam slow twoich niegodnam calowac!' (Nie bede gorsza od Bebe, nie bede!)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Aż pokraśniałam z lekka;)

      Usuń
    2. E no, kaczka! Tfu! Papuga!

      Usuń
    3. Ja cie przepraszam, ale kto w odmecie internetu znalazl eN, co?

      Usuń
    4. Szanowne Panie, ale ja bardzo proszę bez awantur:)

      Usuń
    5. Udowodnij!
      (Niniejszym przepraszam Autorke za wszczynanie, ale normalniez nie wierze, ze mi ktos sie tu na palme pierwszenstwa zasadza niecnie!)

      Usuń
  3. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie da się zjeść ciastka i mieć ciastka, nie można być trochę w ciąży.

      I niby odnoszę się w ten sposób do porsche, a jednak zupełnie nie myślę w tej chwili o porsche.

      Usuń
    2. Muszę powiedzieć, że trochę w ciąży da się być. Przez 6 miesięcy przysięgam. Kosmonauta niby na orbicie, ale póki Planetą się nie objawi, człowiek - a zwłaszcza przyszła matka - cierpi na syndrom Niewiernego Tomasza i przy każdym usg się zastanawia, czy aby kosmonauty kosmici nie porwali.

      Usuń
  4. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń