27 kwietnia 2015

Koszykówka

Ej, znacie to uczucie, kiedy odkrywacie, że wszystko, o czym marzyliście, bez cienia nawet nadziei na realizację, zupełnie spokojnie funkcjonuje gdzieś na świecie w całkowicie konkretnej postaci, co więcej, jest na wyciągnięcie ręki, co więcej: stanowczo zbliża się do Was i nawet informuje Was o postępach w tym zbliżaniu? To uczucie, kiedy przychodzi noc, a Wy zasypiacie spokojnie, bo wiecie, że już następna noc będzie nocą inną, nocą z marzeniem w zasięgu wzroku, głosu, dłoni? To uczucie, kiedy w końcu nadchodzi dzień, gdy marzenie zmienia się w rzeczywistość i ta rzeczywistość okazuje się nawet lepsza niż w Waszych najśmielszych wyobrażeniach?

No właśnie, ja też nie.



Sprawa wygląda tak: mam rower i jest to prawdopodobnie najpiękniejszy rower na świecie. Mojej głębokiej wiary w niepowtarzalne piękno tego roweru nie jest w stanie zmącić fakt, że co najmniej jeden identyczny mieszka w bliskim sąsiedztwie. Rower mój pięknym rowerem jest i basta, a  piękny jest chociażby niepodrabialnym pięknem mitu założycielskiego: zakupiłam go za pieniądze z pierwszej wypłaty uzyskanej w gastro.



Mój piękny rower mieszka w mojej sypialni. Jako rower z klasą i wrodzonym taktem mieszka w zwisie, dzięki czemu jest rowerem zupełnie nieinwazyjnym. W sezonie, czyli teraz, pokonujemy razem trasę eM-praca-eM każdego dnia i - słowo daję - każda napotkana wystawa sklepowa, każda szyba samochodu, kałuża nawet, potwierdzają, że duetem jesteśmy nieskończenie urokliwym. Jednak nawet na ideale zdarza się rysa - rower dość skąpo obdarzony jest przestrzenią bagażową, a ja niestety w zakresie pakowania się, szczególnie do pracy, nigdy nie będę minimalistką. Problem wydawać się może błahy - w końcu internety pełne są stylowych wiklinowych koszyczków ze stylową szmacianą wyściółką. Umówmy się jednak - nie po to mam najpiękniejszy rower w mieście, żeby ozdobić go w sposób typowy dla całej brodatej Warszawy.

Jak to zwykle w życiu było - wujek Google przyszedł z pomocą. Na którymś z setek obrazków prezentujących koszyki rowerowe zobaczyłam go - mój jedyny, najlepszy, wymarzony. Klasyczny do bólu sklepowy kosz typu Społem. Zlokalizowany był na stronie sklepu, który musi być społemowskim dostawcą na wyłączność: kamionkowe garnki, metalowe talerze w groszkowy rzucik, wszystkie możliwe koszmary senne metalopastyki i on - mój koszyk, w cenie trzech par porządnych skarpet.

Potem wszystko zdarzyło się szybko: choć przelew poszedł nocą, już rano dostałam smsa, że mój koszyk się zbliża. Chociaż na 100% wybrałam przesyłkę pocztą, kurier zaczął wydzwaniać, gdy byłam w pracy. Jeszcze go nigdy w rękach nie miałam, ale już kochałam i na skrzydłach tej miłości w ciemno leciałam do domu, z głęboką wiarą, że zaraz się spotkamy i nigdy nas już nic nie rozdzieli.

I byłby pewnie napis "the end", i kurtyna, i oklaski, i łzy dyskretnie ocierane, gdyby nie to, że rower mój ma reflektor na przedzie. I ten reflektor to kawał drania jest. Koszyk też, jak się okazało, do drobnych nie należy, i tak się skończyły marzenia o szczęściu. Niemontowalne jest to towarzystwo.

I teraz we trójkę sobie mieszkamy w eM i nie do końca wiem, co z tym fantem zrobić. To znaczy pewne jest jedno: po jedynej słusznej diagnozie obficie usianej brzydkimi wyrazami, poprawiłam koronę i przyjęłam, że w sumie taki był plan. Ja naprawdę zawsze chciałam mieć w domu koszyk sklepowy z jakimś hakowatym zwyrodnieniem z jednej strony. Nigdy w życiu nie pomyślałabym o montowaniu tego na rowerze, no halo, nie ten rozmiar.



Po dorobieniu ideologii szukam zastosowania praktycznego. Pomysłów mam miliony, wszystkie niestety tak samo dobre. Utrzymywałabym, że to kwietnik do powieszenia na balkonie, gdybym miała balkon. Z braku balkonu skazana jestem na inne pomieszczenia. Jest taki pomysł, żebym traktowała go mobilnie i kreatywnie, czyli czasem jak naprawdę poważny koszyk na owoce, innym razem na... no własnie. I ta opcja obecnie wygrywa. Gdyby jednak ktoś miał jakieś pomysły - uprasza się o dzielenie, bez wahania.



1 komentarz: