29 maja 2015

Bardzo przyjemna katastrofa

Ej, kojarzycie ten bliski finiszu moment "Miasta aniołów", kiedy Meg Ryan jedzie na rowerze? Ona taka totalnie szczęśliwa, żeby nie powiedzieć: rozanielona, na prawo las, na lewo las, autostrada taka prosta i taka pusta, Meg otwiera ramiona... No właśnie. Zupełnie tak samo wracałam dziś z pracy do domu. Wiadomo, wystąpiły pewne różnice, jak na przykład brak lasu po prawej i taki też brak po lewej, jak dotkliwe niedobory w zakresie autostrady oraz to, że nie umiem jeździć bez trzymanki. Wiadomo, że skoro mam zaszczyt i przyjemność pisać w tej chwili przy moim kuchennym stole, to i ta ciężarówka na zakończenie raczej się nie pojawiła. Mimo wszystko jednak: byłam zupełnie jak Meg. Taka radość, taki spokój, szczęścia kupa.

Na pewno zapytacie, skąd ta radość. Nawet jeśli nie zapytacie, to i tak odpowiem: zepsuł mi się brodzik, czyli strategiczny element prysznica, łazienki i życia. I to cieszy.


18 maja 2015

Ciasteczkowy potwór

Ok. 7:30 rano jakaś pani postanowiła naprawić świat w autobusie linii 171. Na wysokości Kina Femina zażądała, by przysypiający na siedzeniu pijak natychmiast opuścił pojazd, bo śmierdzi i rozlewa piwo. Żądanie pani, zarówno na poziomie treści, jak i modulacji głosu oraz ciasny blond koczek w towarzystwie beżowej garsonki wyraźnie wskazywały na to, że pani należy do grupy kobiet porządnych. Takich kobiet, które męża znalazły w liceum, a teraz spokojnie prasują ubrania od razu po zdjęciu ich z suszarki. Takiej pani nie zalegają w szafie pogniecione, choć czyste bluzki, takiej pani nie zalegają w autobusie smrodliwe menele z chybotliwą puszką w brudnej łapie. Dla świętego spokoju kierowca obwieścił koniec trasy w związku z koniecznością czekania na policję. Pasażerowie wysiedli. Dla świętego spokoju pijak wysiadł bez wsparcia policji. Pasażerowie wsiedli.

10 maja 2015

Szok termiczny

Nie wiem, ile razy w życiu otworzyłam rano lodówkę i sięgnęłam po jogurt. Prawdopodobnie tysiące razy. Jeden raz okazał się jednak wart zapamiętania: dwa tygodnie temu włożyłam rękę do lodówki i poczułam ciepło. Nie "brak zimna", tylko ciepło. Lodówka zamieniła mi się w oranżerię, żarówka umieszczona u jej szczytu postanowiła bowiem nigdy nie zagasnąć. Słowo daję, niewiele rzeczy w życiu zaskoczyło mnie tak jak ciepełko muskające moją dłoń w lodówce. Większe wrażenie tego dnia zrobiło tylko pogotowie lodówkowe, które oznajmiło, że lodówka odeszła na zawsze i nie ma sensu reanimować trupa. W ciągu tygodnia oczekiwania na lodówkę zastępczą nauczyłam się o życiu więcej niż oglądając "Sondę" i "Warsaw Shore".