29 maja 2015

Bardzo przyjemna katastrofa

Ej, kojarzycie ten bliski finiszu moment "Miasta aniołów", kiedy Meg Ryan jedzie na rowerze? Ona taka totalnie szczęśliwa, żeby nie powiedzieć: rozanielona, na prawo las, na lewo las, autostrada taka prosta i taka pusta, Meg otwiera ramiona... No właśnie. Zupełnie tak samo wracałam dziś z pracy do domu. Wiadomo, wystąpiły pewne różnice, jak na przykład brak lasu po prawej i taki też brak po lewej, jak dotkliwe niedobory w zakresie autostrady oraz to, że nie umiem jeździć bez trzymanki. Wiadomo, że skoro mam zaszczyt i przyjemność pisać w tej chwili przy moim kuchennym stole, to i ta ciężarówka na zakończenie raczej się nie pojawiła. Mimo wszystko jednak: byłam zupełnie jak Meg. Taka radość, taki spokój, szczęścia kupa.

Na pewno zapytacie, skąd ta radość. Nawet jeśli nie zapytacie, to i tak odpowiem: zepsuł mi się brodzik, czyli strategiczny element prysznica, łazienki i życia. I to cieszy.




Brodzik zepsuł mi się w sposób najgorszy z możliwych: rura pod nim schowana straciła ciągłość i spójność, więc każde użycie kończy się powodzią. Za pierwszym (drugim i trzecim) razem myślałam, że jestem (bo jestem) człowiekiem rozkojarzonym i niechlujnym, i że pewnie sobie osobiście łazienkę nawodniłam, używając prysznica niefrasobliwie. Po przeprowadzeniu badań w warunkach laboratoryjnych (czyli puszczając strumień prosto w odpływ, na totalnym bezdechu, wiadomo) wiem, że woda co najmniej nieelegancko wraca podłogą. Moje stosunki z sąsiadami z dołu stały się napięte jak stringi na Kaliszu.

To teraz wyjaśnię, dlaczego mnie to cieszy.

1. Od tygodnia posiadam nową lodówkę, blender jest właśnie serwisowany, brodzik zostanie naprawiony w poniedziałek. I to cieszy, bo ja już po prostu nie mam nic więcej. Jeśli ktoś zastanawia się nad komputerem - znowu skucha, mam sprzęt zastępczy od roku, bo mój się zepsuł. Nie mam absolutnie niczego, co mogłoby mi się teraz popsuć. Jestem wolna od potencjalnych katastrof w najbliższej przyszłości. Teoretycznie istnieje szansa, że lodówka zepsuje mi się z okazji naszej miesięcznicy albo dron wybije mi okno w sypialni, ale nie oszukujmy się - jeśli coś takiego się zdarzy, to już nie będzie pech, tylko powód, żeby ściągnąć ekipę "Uwagi" i szamanów z Peru, bo w przypadek nie uwierzę.

2. Zepsuć ewentualnie może mi się teraz wątroba i godność. Dlaczego? Prosta sprawa. W obliczu zepsutego prysznica nie mogę przebywać w domu, bo mnie szlag trafi. Muszę więc iść w świat i wrócić w poniedziałek. W świecie jest alkohol i kebaby i ja muszę stawić temu czoła, skoro zepsuł mi się brodzik.

3. Nie wiem, jakie są wasze pierwsze reakcje w obliczu powodzi, ale ja w pierwszym odruchu (przy każdej kolejnej powodzi w ciągu ostatnich kilku dni) usiłowałam pokonać fale za pomocą budowy tamy. Jako inżynier od kilku dni walczący z żywiołem, wiem na pewno, że tamy łazienkowe buduje się najskuteczniej z chłonnych wyrobów tekstylnych. W roli budulca sprawdza mi się najlepiej zawartość półki "do kopania ziemniaków". Wszystkie (wszyscy?) takie mamy. Bluzka, z której sprał się nadruk, ale ciągle całkiem ładna, spodnie wypchane na kolanach i przetarte na tyłku, ale nadal ulubione, pozostawiane na czarną godzinę, na później, na "po domu", na "posprzątam piwnicę", na "pojadę do schroniska wyprowadzić psy", na "pomaluję sufit"... Tak, miałam tego zapas z kilku lat. Miałam i nie mam, i to cieszy. Z okazji awarii brodzika mam pewność, że żaden gość z zaskoczenia nie zastanie mnie już w starym dresie. Ja już nie mam starych dresów, nie mam też nowych, dlatego każdy, kto wpadnie do mnie bez zapowiedzi, bez względu na to, czy to będzie środa wieczorem czy sobota rano, zastanie mnie w małej czarnej i szpilkach, z nieodłączną lampką sherry w dłoni, w powietrzu będzie się unosił zapach perfum, dym świec i jazz. Zawsze tak chciałam, a teraz już nie mogę inaczej, bo nie mam nawet jednej starej koszulki. I to cieszy.

4. Na ten trudny czas przypadła wizyta mojej koleżanki. Już za godzinę niewinne dziewczę z Mrągowa przekroczy próg eM i dowie się, że nadal nie mam telewizora, ale mam za to zepsuty prysznic i że w sumie nie mam za bardzo pomysłu na to, jak sobie mamy radzić. Bear Grylls pewnie by uciekł, ale w Żanetę wierzę. Będzie przygoda, będzie zabawa i to cieszy!

5. Prysznic naprawi mi niejaki Staszek. Ze Staszkiem łączą mnie niejasne powiązania zawodowe. W pierwszym odruchu standardowo wrzuciłam ogłoszenie poszukujące w czeluści internetu, ale potem okazało się, że zrobiłam głupio, bo hydraulika szukać mogłam łatwiej i szybciej kanałem służbowym. No i to cieszy! Cieszy, że dobry los podsunął mi to rozwiązanie, cieszy, że rozwiązanie najprawdopodobniej jest skuteczne, a idąc dalej tropem zawodowym:  cieszy, że jestem właśnie po  przelewie i że bez obaw finansowych podejdę do rozliczeń ze Staszkiem, z brodzikiem i życiem. Cieszy, że w pierwszym tygodniu czerwca będę tak spłukana, że do końca czerwca nie będę miała hajsu na słodycze.

I na tym kończę, bo zaraz będę musiała dojść do wniosku, że lepiej mi się żyje od kiedy mamy nowego prezydenta, a to już by było dziwne i niepokojące.

1 komentarz:

  1. jak zwykle dostarczyłaś mi niemało radości :D tulaski

    OdpowiedzUsuń