18 maja 2015

Ciasteczkowy potwór

Ok. 7:30 rano jakaś pani postanowiła naprawić świat w autobusie linii 171. Na wysokości Kina Femina zażądała, by przysypiający na siedzeniu pijak natychmiast opuścił pojazd, bo śmierdzi i rozlewa piwo. Żądanie pani, zarówno na poziomie treści, jak i modulacji głosu oraz ciasny blond koczek w towarzystwie beżowej garsonki wyraźnie wskazywały na to, że pani należy do grupy kobiet porządnych. Takich kobiet, które męża znalazły w liceum, a teraz spokojnie prasują ubrania od razu po zdjęciu ich z suszarki. Takiej pani nie zalegają w szafie pogniecione, choć czyste bluzki, takiej pani nie zalegają w autobusie smrodliwe menele z chybotliwą puszką w brudnej łapie. Dla świętego spokoju kierowca obwieścił koniec trasy w związku z koniecznością czekania na policję. Pasażerowie wysiedli. Dla świętego spokoju pijak wysiadł bez wsparcia policji. Pasażerowie wsiedli.



Wszystko to wyglądało jak ta przedszkolna zabawa, która polega na tym, że jest mniej krzesełek niż ludzi, więc na umówiony znak każdy usiłuje usiąść i tylko jednemu frajerowi siadanie się nie udaje. Po wyeliminowaniu jednego frajera autobus ruszył, czyli bawimy się dalej, czyli jedno krzesełko odstawiamy i polujemy na nowego frajera, który sobie nie posiedzi. W autobusie nie ma już nikogo, kto by śmierdział lub spał, najbliższa runda jest więc pojedynkiem gigantów.

Poszukajmy ofiary.

Przy oknie, na miejscu dla wózków (minus) stoi eN i czyta książkę (plus). Jasny płaszcz naszej bohaterki oraz eko torba pełna pojemników ze zdrowym żarciem wyraźnie wskazują na porządnego człowieka. Gdyby zajrzał ktoś w te pojemniczki, znalazłby szparagi (plus) i botwinkę (plus), co więcej - kaszę gryczaną wraz z białym serem (okienka do plusowania na wykończeniu). Mamy więc nie ofiarę, a pracownika miesiąca, mieszkankę Warszawy miesiąca, użytkowniczkę ZTM miesiąca. Idźmy dalej za eN, w końcu należy równać do najlepszych. Idzie do metra, po drodze odmawia przyjęcia ulotki (bo lasy - plus) oraz przyjmuje ulotkę (bo trzeba wspierać biednych dilerów ulotek - plus). Jedzie metrem, czyta książkę (plus). Wysiada z metra, wchodzi do sklepu i kupuje bułkę (ciasto francuskie z migdałami i budyniem). Tu już długopis wiszący nad kratką trochę się waha, bo plus to to nie jest, droga eN, absolutnie to nie jest plus. Puste kalorie, eN, no i ten cukier. Po namyśle w kratce nie ląduje plus, ale nie ląduje też minus, no bo kurde - poniedziałek, niech ta eN ma coś z życia.

Potem płynie sobie godzina za godziną, nie spuszczamy oka z naszej bohaterki. Widzimy, jak je sałatkę i batona ("kawa inaczej nie wejdzie"), jak po starannie odnotowanym w dzienniczku dietowym obiedzie drepcze do sklepu po ciastka ("w sumie chodziło bardziej o samo przejście się do sklepu"), jak rozmawia z figlarnym kolegą ("smacznego, smacznego, jakbym miał Twoją figurę też bym sobie na czekoladę pozwalał"). Widzimy eN, jak tłumaczy koleżance, jak się taką piękną i zdrową sałatkę robi. eN znana jest z takich prozdrowotnych jazd, hipsterka jedna, chodząca reklama kaszy jaglanej. Pani z Auchan powiedziałaby pewnie, że eN jest bardzo świadomą żywieniowo głową naprawdę dużej rodziny. Wczorajszy koszyk imponujący, sama zielenina, na pewno dla gromady, jeden człowiek tego przez tydzień nie przeje przecież. Wieczorem może pójdzie na piwo, żeby w drodze na piwo coś zjeść ("bo nie można pić na pusty żołądek"), a po piwie dla odmiany coś zjeść ("nie wygram z tym popiwnym parciem na żarcie przecież!"). Zresztą - w tym wieku na piwo chodzi się rzadko, jeśli już to na kolację lub obiad plus piwo, a może wino - jesteśmy fancy! Przecież nie pójdzie na kolację z własnym pojemnikiem od dietetyka, bo ktoś ją uzna za dziwadło, a tego nie chcemy ("nie można być niewolnikiem, nawet zdrowia!" powiedział pan dietetyk i eN uznała to za ważniejsze niż wszystkie inne jego wypowiedzi). Je więc normalny obiad, dobry obiad, w dobrym towarzystwie, które to towarzystwo nie wie, że to nie jest pierwszy obiad eN tego dnia, nie jest też ostatni.

Hej, jestem eN i strasznie chciałabym być alkoholikiem, a najchętniej pijakiem. Mogłabym sobie spokojnie spać i śmierdzieć w autobusie i wszystko byłoby takie jasne. Jasne jak płaszcz, którego nie utytłam nigdy w błocie, ale który już milion razy wymazałam czekoladą. No ale - plamy z czekolady są w sumie całkiem urocze, taka 30tka, a zupełnie jak sześciolatka. Chciałabym być taką alkoholiczko-narkomanką w stylu Halber, mogłabym wątek uzależnienia sowicie umaić opowiadaniem o tym, jak się dzięki niemu czułam fajna i atrakcyjna. Przy jedzeniu nie ma tej fazy zupełnie. Są plusy w tym minusie - kaca też zbyt poważnego raczej nie ma. Są minusy w tym plusie - nie ma za bardzo czynników motywujących do zaprzestania, bo jakimś cudem nie jestem jeszcze wielorybem.

Spędziłam wczoraj wieczór z Baudrillardem. Jedno z dwojga, albo to był kawał francuskiej świni, albo ma bardzo podłego tłumacza. Tak strasznie dużo jest kpiny i szyderstwa w każdym zdaniu na temat ponowoczesnego kultu szczupłości! Współcześni nie dbają już o duszę, współcześni gapią się w talerz, w tabelkę kaloryczną, w wyświetlacz wagi. Żaden rozwój, już tylko tężyzna fizyczna, szydzi sobie łysiejący Francuz. Przeczytałam, pchnęłam czterema kanapkami (w dzienniczku diety odnotowana jedna, ale przecież, do wuja wacława, nie mogę się skupiać na dzienniczku diety, bo zaniedbuję duszę).

Piszę sobie i myślę, że to w sumie jest strasznie zabawne, tak bardzo zabawne w porównaniu z normalnym alkoholizmem. Gdybym wypijała pół litra w samotności wywoływałabym smutek, współczucie i chęć pomocy, a co wywołuję opędzlowaną w kwadrans paczką ptasiego mleczka? Narkotyki też byłyby znacznie ciekawsze, że o hazardzie lub uzależnieniu od seksu nie wspomnę. Byłoby o czym opowiadać, chociaż raczej nie mamie.

Poranny pijaczek wyszedł z trudem z autobusu linii 171, brodząc w kałuży piwa, która tak rozzłościła panią blond. eN stała sobie spokojnie w swojej kałuży godności i silnej woli, która tak zupełnie nie istnieje i tylko ona miała świadomość, że tylko pozornie jest lepsza niż pijak.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz