10 maja 2015

Szok termiczny

Nie wiem, ile razy w życiu otworzyłam rano lodówkę i sięgnęłam po jogurt. Prawdopodobnie tysiące razy. Jeden raz okazał się jednak wart zapamiętania: dwa tygodnie temu włożyłam rękę do lodówki i poczułam ciepło. Nie "brak zimna", tylko ciepło. Lodówka zamieniła mi się w oranżerię, żarówka umieszczona u jej szczytu postanowiła bowiem nigdy nie zagasnąć. Słowo daję, niewiele rzeczy w życiu zaskoczyło mnie tak jak ciepełko muskające moją dłoń w lodówce. Większe wrażenie tego dnia zrobiło tylko pogotowie lodówkowe, które oznajmiło, że lodówka odeszła na zawsze i nie ma sensu reanimować trupa. W ciągu tygodnia oczekiwania na lodówkę zastępczą nauczyłam się o życiu więcej niż oglądając "Sondę" i "Warsaw Shore".


Tydzień bez lodówki, dwa tygodnie bez zamrażarki. Jak dobry los pozwoli, jutro liczniki ulegną wyzerowaniu - między 12:00 a 16:00 ma do mnie przyjechać nowa piękna lodówka. Od tygodnia mam tymczasową mikrolodówkę, dzięki której czuję się, jakbym mieszkała w Hiltonie albo innym Ritzu, o ile w Hiltonie albo innym Ritzu pije się whisky bez lodu - mój tymczasowy sprzęt jest tylko lodówką, niestety.

Czas bezlodówkowy i bezzamrażarkowy jest czasem trudnym, a więc jest czasem wzrostu. Nauczyłam się dzięki niemu, że:

1. Konserwanty nie istnieją. Konserwanty to ściema rozpowszechniana przez koncerny farmaceutyczne, sklepy ze zdrową żywnością i gospodarstwa agroturystyczne. Bez lodówki wszystko się psuje, natychmiast. Chemia w jedzeniu to kłamstwo.

2. Mleko UHT to kłamstwo. Jeśli myślicie, że będziecie świecić w ciemnościach po wypiciu kawy z tym mlekiem, które stoi sobie spokojnie na półce w Tesco i lodówki nie ma nawet w zasięgu wzroku, to się mylicie. To mleko, którego termin przydatności kończy się gdzieś daleko w czasach, których nawet Bauman jeszcze nie nazwał, psuje się w ciągu kilku godzin. UHT czy nie UHT - wszystkie zdychają tak samo, bez względu na to, jak szczęśliwe były krowy, które je dały. Zwracam uwagę wszystkich czytających na fakt, że nie mamy teraz upałów, a eM od świata odgradzają półmetrowej grubości ściany, więc to nie jest tak, że mleko przegrywa z temperaturą.

3. Sąsiedzi są ważni. W obliczu zepsutej lodówki wyrazy wsparcia i oferty pomocy od przyjaciół i znajomych są miłe, ale nie oszukujmy się - nikt normalny nie zdecydowałby się trzymać jogurtów w innej dzielnicy. W obliczu zepsutej lodówki praktyczne znaczenie ma tylko taka pomoc ze strony sąsiadów. Moje mrożonki mieszkają już od dwóch tygodni dwa piętra niżej, a moje poparcie dla akcji prosąsiedzkich, dni sąsiada i innych działań integrujących społeczności rośnie jak pleśń na selerze (dla niewtajemniczonych: pleśń na selerze rośnie natychmiast i imponująco, mieni się kolorami i ma efekt sztucznej rosy).

4. Na sklepy z AGD trzeba mieć metodę. Dwukrotnie odwiedziłam sklepy z lodówkami. Odwiedzenie sklepów było konieczne, bo musiałam zainwestować w lodówkę do zabudowania i to zabudowania zabudową, którą już mam. Lodówka musiała mieć więc bardzo konkretny rozmiar, który należało zweryfikować za pomocą badania miarką. W celu badania miarką udałam się w stosowne miejsce dwa razy, skutki były dwojakie. Raz zostałam olana ciepłym moczem, za drugim razem miły pan obmierzył mi wszystkie lodówki w sklepie i wyszukał mnóstwo dodatkowych informacji w internecie.

Mogło być tak, że to był inny sklep, mogło być tak, że to był inny pan, ale twardo wierzę, że to był inny wystrój mnie. Pierwszy szturm na sklep przypuściłam w dresie, do drugiego się przygotowałam. Jestem więcej niż pewna, że drzwi wszystkich lodówek świata otworzyła mi czerwona sukienka w połączeniu z obcasami i pozorowaną nieudolnością (no dobra, nieudolność była prawdziwa). Co więcej, czerwoną sukienkę zabrałam najpierw do pracy, a po pracy do sklepu i dzięki niej wszyscy moi współpracownicy dowiedzieli się o lodówce. Dowiedzieli się, bo zagajali o sukienkę, wiadomo, ale w odpowiedzi słyszeli historię lodówki. Po ośmiu godzinach w biurze miałam wrażenie, że lodówkę kupuje ze mną pół Warszawy, a Mokotów już klei własną wersję "Pokonamy fale" w tej intencji.

5. Niedobór AGD uświadomił mi, że jestem człowiekiem spokojnym i zadowolonym. Na pięć poranków trzy razy się zdarzyło, że chciałam sobie wlać mleko do kawy, a ono mi robiło celebrity splash, bo już było ciałem stałym. Już pierwszego dnia bez lodówki odgrzewanie obiadu skończyło się wściekłym fetorem, bo oczywiście dynia nie była w stanie przetrwać tych kilkunastu godzin temperatury pokojowej. Brak lodówki uprawiałam przez tydzień, a historie nagłych i nieoczekiwanych, a często efektownych zgonów pokarmu mogłabym opowiadać w nieskończoność.

I co ja na to? No właśnie - nic. Aż się sama zdziwiłam. Wiadomo, jakaś kurwa zawsze przez myśl przemknie, kiedy znowu trzeba wyrzucić mleko. Ciężkie westchnienie musi przełamać ciszę, kiedy wchodzi człowiek do domu i odkrywa, że lodówka sama z siebie zaczęła śmierdzieć trupem. Ale bez dramatu zupełnie, aż dziw. Do obiadu z mrożonek przyniesionych od sąsiadów przeczytałam sobie dziś definicję borsuka na Wikipedii i pomyślałam, że w zdaniu "Borsuk nie jest atrakcyjny dla myśliwych; strzelają do niego tylko czasem z powodu wścieklizny" jest więcej smutku niż w moich dwóch tygodniach bez zamrażarki. Wolę żyć bez lodówki niż z brakiem atrakcyjności zapisanym w definicji.

Elektrośmieci zabrały mi wczoraj zwłoki lodówki, a nowej jeszcze nie mam, więc jako ilustrację tekstu wklejam zdjęcie dyskryminowanego przez myśliwych borsuka.




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz